poniedziałek, listopada 05, 2007

Są takie dziwne chwile

Otóż są takie dziwne chwile, w których powstają pomysły tyleż absurdalne co niesamowite. Jednym z takich pomysłów, które kiedyś przyszły nam do głowy było stworzenie nowego ruchu filmowego - swoistej Całkiem Nowej Fali kina polskiego.
To było pewnie podczas tej jednej z naszych niemożliwych już teraz do opisania wypraw po Szczawnie Zdroju. Pewnie już się ściemniało i nadchodził wieczór a my szliśmy wzdłuż głównego deptaku by za chwilę skręcić w lewo w stronę akademika na dawnej Andersa.
I pewnie to właśnie podczas jednej z takich wypraw w poszukiwaniu dziury w całym powstał pomysł będący alternatywą do jednego z wielkich polskich ruchów filmowych.
Jeden z wielu pomysłów, bez których nie byłoby tego bloga, nie byłoby nas w Wałbrzychu i nie byłoby dużej części naszych pokręconych dróg życiowych.

środa, października 17, 2007

Nasz Paradise - część pierwsza


"...Nie weźmie Orient Express wszystkich nas
Nie każdy siądzie w barze Paradise
I spojrzy przez różowo-żółte szkło
Nie każdy z nas tam będzie - no i co?..."

Nie byłem ani wtedy, ani dziś nie jestem (raut czy co tam innego z okazji otwarcia nowego lokalu na "Pietrynie" to dla mnie męka i strata trudna do powetowania!) , bywalcem knajp, hoteli i podobnych lokali. Jednak na tych kilka miesięcy w Szczawnie, również za sprawą Pawła pojawił się przynajmniej w jednej knajpce tamtejszej prawdziwy bon vivant - Mesje.
O tej jednej, wyjątkowej bo naszej- mojej i Pawła knajpie, choć nie jedynej, słów wiele pojawi się w części drugiej .

Moich wizyt w lokalach gastronomicznych i podobnych im w trakcie mego pobytu sześcioletniego w Wałbrzychu i okolicach było naprawdę niewiele. Tym milej wspominam te które miały miejsce i które pamiętam.

Bar w Szczawnie - tuż przy pętli "piątki" - na samym początku deptaka w dół uzdrowiska - to moja ukochana pierogarnia. Pierwszy raz zawitałem w progi tego lokalu - by zjeść pierogi z Marcinem "Milą". Do dziś pamiętam- nalitość boską dlaczego? - że znamienity mój kolega zamówił był podówczas jakiegoś "dewolaja" i - co przykuło moją uwagę jako że za tym warzywem wtenczas nie przepadałem- surówkę z selera. Od tamtego dnia bar na skrzyżowaniu stał się moją ulubioną jadłodajnią - pierogi przetykałem "dewolajami" całość uzupełniając szklankową herbatą.
Żadnych ekscesów, żadnych imprez- te gorące pierogi i wystrój lokalu - prawdziwie gastronomicznego dokładnie tak jak gastronomiczne i astronomicznie gastryczne były bary mleczne do lat 80-tych - pozostaną ze mną na zawsze a na pewno dziś wciąż ciepło wspominam te chwile zaspokojonego łaknienia i pragnienia. Daleko od domu rodzinnego - pełen troski o następne miesiące - właśnie w tym barze otrzymywałem - za skromną opłatą - prawie matczyne ciepło i strawę.

"...A jednak czasem, gdy nadejdzie zmrok
Tancerki od Degas znów mi się śnią
W baletkach białych nad dachami miast
Tańczące i nucące pośród gwiazd..."

Hotel "Szuwarek" albo może "U Szuwarka".
Mieszkając zupełnie niedaleko zachodziłem dość często do tego hoteliku by skorzystać z tamtejszego telefonu w recepcji. W czasach przedkomórkowych i kiedy powieszenie przez telekomunikację nowego automatu telefonicznego było newsem na pierwszą stronę lokalnej prasy - telefon w recepcji hotelu "Szuwarek" był jednym z niewielu w promieniu wieluset metrów dostępnym dla spragnionego rozmów z bliskimi.
Ten hotelik zapmiętam nie tylko ze względu na telefon. Ileż razy prosząc o umożliwienie rozmowy , spłoszony rozglądałem się wokół dostrzegając co rusz dość zastanawiające typy ludzkie.
Panie za kontuarem - nadzwyczaj uprzejme - oraz czasami siedzące przy barze - przyzwyczajone do mojej obecnośći - prowadziły swobodne rozmowy z których zacząłęm -przynajmniej w przypadku jednej czy dwóch (bo przeciez nawet dziś po latach w tym w zasadzie anonimowo prowdzonym blogu nie zamierzam urazić pracujących tam i wtedy i dziś z pewnością uczciwych i porządnych w znakomitej większości osób!)- domyślać się przyczyn ich obecności w tym miejscu.
Moje ewentualne wątpliwośći rozwiały się gdy pewnego dnia z góry hoteliku , po schodach, stoczyła się pewna madame przyodziana w swego rodzaju peniuar a może dres paskowany - nie pomnę choć można zarzucić mi że różnica w obu strojach jest dość zasadnicza - zupełnie pozostająca pod przemożnym "wpływem" , która to dama dopadła mnie pełzając po wykładzinach pomieszczenia i bełkocząc coś w języku - choć nie przysięgnę - różnym od polskiego choć słowiańskim. Po chwili została szybko "przechwycona" przez panią zza kontuaru która wnet wezwała jakiegoś postawnego osobnika o aparycji nie pozostawiającej wątpliwości co do jego imienia. Wyjaśniam że mam na myśli imię piękne tyleż, co dziś niedwuznacznie dwuznaczne i nieszczęśliwie zepsute choć jakże niesłusznie, a mianowicie imię męskie zdecydowanie - Alfons. (opisanej tu pani z pewnością nie obrażę - spadła ze schodów w stanie upojenia bez wątpienia - czy piła akurat dekadencki absynt nie wiem ale spowijała ją raczej aura bałaganu niż art nouveau)

Niedługo po tym wydarzeniu zostałem w "Szuwarku" zagadnięty przez pewnego specyficznie zachowującego się pana , który to dżentelmen albo to proponował mi jakieś interesy - jak zrozumiałem tyczące jakichś pań - lub też zainteresowany był mną osobiście - tak czy inaczej nie dane mi było dociec prawdy jakież to atrakcje szykował dla mnie ten pan uprzejmy bowiem nagle pojawiło się obok nas dwóch tęgich osiłków , którzy lekceważac moją obecność- a może własnie dla mojej obecności - wyciągnęli owego uprzejmego pana z baru racząc go kilkoma kuksańcami i tłumacząc by nie zaczepiał klientów.
Po tych wydarzeniach nie pamiętam bym długo korzystał jeszcze z telefonu w tym jakże czarownym miejscu.
Jakiś czas pózniej zostałem uświadomiony w materii "Szuwarka" przez jednego z mieszkańców Szczawna - być może któregoś z taksówkarzy - że jest ( a w zasadzie BYŁO) to miejsce upatrzone przez - jak to się mój informator wyraził - "ruską mafię".
Czy to prawda czy nie -nie wiem - dość mi było tych atrakcji iście rodem z Las Vegas Dolnego Śląska.
Dzwonić zacząłem z odleglejszego automatu - naprzeciw poczty szczawieńskiej.
Czy któraś z pań uroniła choć jedną łzę za kręconym chudzielcem w czarnej polarce...?

"...Znikają w mroku nad dachami miast
Tancerki od Degas gdzieś pośród gwiazd
I słyszę coś, tak jakby gorzki śmiech
A ludzie wokół mówią: "a to pech" ..."




Pragnę wyjaśnić , że skojarzenie opisanych tu miejsc z tekstem piosenki tej a nie innej wydaje się być i słusznie szalenie odległe - jak zawsze przecież - jest to pośrednie nawiązanie do ulotnych emocji jakie towarzyszą mi gdy wspominam te chwile i gdy słucham tejże piosenki.
Panie w "Szuwarku" to nie żadne tancerki, tym bardziej z obrazów Degas, piosenka Kapitana Nemo to nie cykl "Gnossienne" Erika Satie by ilustrować nią z kolei malarstwo francuskiego impresjonisty, zaś pojawiające się w tekście moich wspomnień Las Vegas nie należy w żadnym wypadku zestawiać z nazwiskiem pana Degas! :-)
Wspomnienia, piosenka, obrazy wzajemnie się przenikające w onirycznej impresji spisanej o godzinie 1 minut 38 nad ranem.






cytaty wykorzystane w tekście

pochodzą z piosenki autorstwa
B. Gajkowskiego (Kapitana Nemo)
"Bar Paradise"

piątek, października 05, 2007

Szczawno – i wszystko jasne. Część I

Oglądając zdjęcia, które Tubularek wstawił w galeriach zdjęć po prawej stronie ekranu dochodzę do wniosku, że mieliśmy duże szczęście. Dlaczego ? Ano dlatego, że najpierw los rzucił nas do Wałbrzycha, a później zmienił zwrotnicę i nagle znaleźliśmy się w Szczawnie.
Tytuł tego bloga to „Wałbrzych. Pamiętasz ?”, ale przecież dla nas to były dwa połączone ze sobą miejsca. Jak Guns i Roses, jak Depeche i Mode, jak Arctic i Monkeys. Wałbrzych z jego pompatycznym górniczym pięknem i Szczawno z jego nachalną uzdrowiskowością. Przyczepione do siebie jak plus z minusem. Odmienne i na zawsze połączone.
Kiedy po 2 czy 3 latach mieszkania w Wałbrzychu trafiłem do Szczawna Zdroju wydawało mi się jakbym przekroczył jakąś magiczną rzekę i znalazł się po drugiej stronie wszystkiego.
Wałbrzych to było miasto, autobusy i dymiące całą dobę kominy. Szczawno to byli kuracjusze, spokój i park, który zamieniał każdy spacer w wyprawę do innego, spokojniejszego świata.
Park był tym miejscem, w którym się siedziało i czytało książki, w którym się rozmawiało godzinami o sprawach ważnych, ale i też o tak błahych, że aż wstyd, w którym się przeżywało wzloty i upadki, po którym się chodziło po wyjściu z knajpy, i w którym zawsze było się u siebie. Siedziało się na ławkach na dole przy pijalni, albo wchodziło się wyżej żeby z góry obserwować jak ludzie spotykają innych ludzi. Do parku chodziło się kiedy było wspaniale, ale i też kiedy było źle. Często też szło się na Słoneczną Polanę, albo żeby w podziemiach pograć w bilard, albo, żeby posiedzieć na zewnątrz patrząc na ….słoneczną polanę.
Obok parku była knajpa. Miejsce, w którym niemal mieszkaliśmy i które była nam bliskie.
No po prostu raj nasz ówczesny, w którym nierzadko, jakby powiedział jakiś niedzielny poeta „dzień spotykał się z nocą a noc z dniem”. Przychodziliśmy tam niekiedy z samego rana, żeby zjeść śniadanie i zastanowić się jakie mamy zajęcia i czy w ogóle się na nie wybierać czy też przetłumaczyć sobie, że nie ma sensu i kontynuować prawdziwe życie. Dyskusje dotyczące sensowności udania się na zajęcia zawsze miały właściwy balans gdyż zawsze znalazł się ktoś kto stawał się tzw. głosem rozsądku i nakłaniał do wypełnienia obowiązku edukacyjnego. Jeśli wygrywał rozsądek to wsiadaliśmy w autobusy lub samochody i udawaliśmy się na ulicę Kombatantów 20 w celu szybkiego zdobycia niezbędnej wiedzy i zakończenia dnia w którejś z knajp.
Jeśli natomiast zwyciężyły natarczywe głosy domagające się poszanowania prawa do życia zostawaliśmy na miejsci zamawialiśmy piwo z sokiem lub np. cukrem w celu poprawienia jakości konwersacji. Nie pamiętam jak często zdarzało nam się łączyć w Paradajsie śniadanie z kolacją, ale były to chwile niezapomniane. Na telewizorze nad barem leciała sobie Viva i tak gadając, spoglądając na telewizor i śmiejąc się spędzaliśmy cały dzień.
Czasem szliśmy do parku, żeby za godzinę wrócić na z góry upatrzone pozycje w knajpie Paradise. Tam się działa duża częśc naszego życia.
Pamiętam jeszcze jedną knajpę na wałbrzyskim deptaku, ale bywaliśmy tam rzadko i nie pamiętam nawet jak się nazywała. Przypominam sobie tylko jedno wydarzenie z tego miejsca kiedy siedzieliśmy tam z Arkiem popijając pewnie jakieś piwo. W knajpie poza tym nie było nikogo. Nagle los zesłał nam jakiegoś człowieka, który widocznie uznał, że nie ma co trzymać pieniędzy w kieszeni i kazał barmance podać nam po kilka drogich i kolorowych drinków. Później poszedł a my zostaliśmy z kolorowym szczęśćiem w płynie co w końcu nie były najgorszym początkiem wieczoru.
I tak Paradajs został miejscem mitycznym i tylko szkoda, że nie mamy stamtąd ani jednego zdjęcia. W 1994 roku zrobienie zdjęcia telefonem stacjonarnym było naprawdę trudnym przedsięwzięciem.

piątek, września 28, 2007

Radio Wałbrzych nadaje

Przez jakiś bardzo niedługi czas pracowałem w Radiu Wałbrzych. Może to za dużo powiedziane, że pracowałem bo w końcu nie zdecydowałem się na podpisanie umowy i wybrałem eksplorowanie kanadyjskich sklepów muzycznych i pubów.
Był rok 1995. Moja koleżanka pracowała wtedy w Radiu Wałbrzych jako prezenterka newsów więc poleciła mnie komuś tam i przyszedłem. Test wypadł raczej fatalnie, ale w końcu zostałem przyjęty na coś w rodzaju okresu próbnego. Przychodziłem do radia i prowadziłem programy. Czasem były to programy popołudniowe, czasem poranne, a czasem prowadziłem programy również w nocy.
Było to coś wspaniałego gdyż mogłem puszczać ulubioną muzykę i produkować się do mikrofonu. Po krótkim przeszkoleniu załapałem w końcu jak gadać do mikrofonu, zmieniać jednocześnie płytę, a w międzyczasie nastawiać na komputerze kolejny blok reklamowy. Było świetnie.
Kiedyś prowadziliśmy z innym prezenterem program popołudniowy i na tapetę jako temat programu wzięliśmy jakieś zatrzymanie przez policję uczniów z jednej ze szkół czy coś takiego. W każdym razie z udziałem policji. Gadamy, gadamy, puszczamy muzykę i nagle dzwoni telefon. Ktoś chce rozmawiać ze mną. Biorę słuchawkę i ktoś mówi, że dzwoni z Prokuratury i, że jestem wezwany na przesłuchanie. Dość mocno spanikowałem o po odłożeniu słuchawki nie mogłem dojść do siebie. Na szczęście za kilka minut telefon zadzwonił znowu i okazało się, że to kolega robi mi kawał. Ale co się zestrachałem do moje.
Świetne było prowadzenie programu od północy do szóstej rano. W studiu i w całym radiu cisza, leci sobie muzyka, którą lubię, po włączeniu płytki mogłem wyskoczyć na szybkiego papierosa na korytarz.
Pamiętam to uczucie, że wydaje mi się, że słuchają mnie tysiące ludzi, a jednocześnie zdaję sobie doskonale sprawę z tego, że być może jedynym słuchaczem mojego wiekopomnego programu jest niewyspany górnik, który właśnie je śniadanie przed wyjściem na szychtę.
Był taki tydzień kiedy przez 2 dni musiałem chodzić do pracy na 7.15, później były zajęcia na kolegium, od popołudnia do późnego wieczora zajęcia w grupach rozrywkowych czyli siedzenie w Paradajsie, przed północą jakaś godzina snu, a już o wpół do dwunastej w nocy siedziałem w autobusie zmierzającym do radia. Rano o szóstej koniec dyżury i na 7.15 znowu do pracy. Z tego co pamiętam to wytrzymałem tak tydzień, ale zupełnie nie wiem jak.

wtorek, września 25, 2007

Teatralna - Mon Amour Amour

Teatralna to nie była zwykła knajpa. To było kilkadziesiąt metrów kwadratowych, na których spędzało się czas. Tam się piło, jadło, poznawało ludzi, rozmawiało o głupstwach i rzeczach ważnych, siedziało do nocy. Teatralna była kolejnym niezwykle ważnym miejscem w Wałbrzychu, bez którego nie byłoby ani Wałbrzycha ani wielu ważnych wydarzeń. Niekoniecznie kulturalnych.
Nie pamiętam kiedy poznałem Teatralną po raz pierwszy, ale właściwie od razu okazała się miejscem gdzie chce się spędzać wieczory i chce się tracić swój cenny czas i niewielkie pieniądze.
Kojarzy mi się na przykład z tym, że kiedyś wydałem tam w poniedziałek wszystkie pieniądze jakie miałem na cały tydzień na wyżywienie. Pamiętam tę chwilę gdzieś tak pod koniec zabawy w środku nocy kiedy uświadomiłem sobie, że przez resztę tygodnia będę musiał korzystać z zasobów gastronomicznych Newmana lub Benka, z którymi dzieliłem pokój w internacie na Ogrodowej. A niestety Newman nie miał zbyt bogatej lodówki, a Benek z kolei preferował wegetarianizm co wiązało się z tym, że jedynym pożywieniem jakie można mu było podebrać była zielona sałata i masło.
W Teatralnej zostałem pewnego razu poddany degustacji „drinka” o nazwie U-Boot, którego działanie jest dokładnie takie jak nazwa. Siedziałem sącząc piwo. W pewnym momencie nieoceniony kompan Mula zamówiwszy kilka małych kieliszków wódki jeden z nich sprawnym i zdecydowanym ruchem wrzucił do mojej szklanki w piwem wołając „U-Boot”. Spodziewałem się, że w wyniku wzbogacenia piwa czystą wódką nie powstanie bynajmniej lekki hawajski drinki, ale dalej powoli sączyłem piwo. Przybrało dość słodki smak i cały napój szybko wprowadził mnie w nastrój mocno zabawowy.
Pamiętam dokładnie smak serwowanych tam pierogów ruskich. W karcie był również bigos zwany przez nas „bidżisem”.
W Teatralnej siedziało się zwykle do nocy gadając i obserwując wychodzących po spektaklu aktorów i aktorki.
Twarze jakie kojarzą mi się najbardziej z tym miejscem to: Mula, Misiek i Lechu.
Kiedyś nawet zagrałem na deskach teatru. Brałem udział w przedstawieniu zorganizowanym i reżyserowanym przez naszego litewskiego Amerykanina z kolegium: Richarda. Po przesłuchaniach wstępnych okazało się, że dostałem rolę protagonisty czyli najważniejszego bohatera w sztuce. Muszę jednak uczciwie wyjaśnić, że rola protagonisty w tym przedstawieniu Becketta ograniczała się do stania na krześle przez cały czas i podniesieniu głowy na koniec.
Nie pamiętam czy przedstawienie spotkało się jakimkolwiek zainteresowaniem ani czy oglądało je 8 czy 100 osób. Ale mogę powiedzieć, że w wałbrzyskim teatrze nie tylko konsumowałem, ale i też grałem.

piątek, sierpnia 03, 2007

Pamiętam Wałbrzych

Wszystkie wspomnienia o Wałbrzychu nabierają z biegiem lat koloru. Jest go coraz więcej. Nawet wspomnienia złych i trudnych dni są pociągnięte jakby pastelowym odcieniem koloru. Przebijający się przez błotnisty buroszary śnieg autobus odjeżdżający do Szczawna z Placu Grunwaldzkiego w moim wspomnieniu wcale nie jest szary tylko czerwony i pełen kolorowych ludzi. Zatłoczona ósemka powoli wspinająca się na Biały Kamień jest pełna rozmawiających ludzi i przywołuje wspomnienie radości po skończonych zajęciach i zapowiedź chwil wieczornej wolności. Wieczór spędzony w knajpie przy parku jest urzeczywistnieniem powiedzenia „Chwilo trwaj !”: pijemy piwo, pojadamy paluszki, na ekranie zawieszonego nad barem telewizora leci z wyciszonym głosem wideoklip Sheryl Crow. I w tej jednej minucie wiemy, że zawsze będziemy młodzi, wspaniali, piękni, że będziemy przenosić góry z miejsca na miejsce i nigdy nie przestaniemy marzyć.
Wspomnienie wyjazdu do Rzeczki, zabawa, sauna i radość z wolności człowieka, który już nigdy później nie będzie uśmiechnięty w taki sam sposób.
Wszystkie te chwile wracają, kotłują się, znikają nagle i ni stąd ni z owąd przemaszerowują przed oczyma wyobraźni.
Z takich chwil składam się ja, z takich chwil przechowywanych głęboko w środku składa się życie każdego z nas.

czwartek, lipca 19, 2007

Dwunastki

Dwunastki to była knajpa w rynku. Był do niej przyklejony sklep muzyczny – jeden z najfajniejszych jakie w życiu widziałem (a może to właśnie knajpa była przyklejona do sklepu – nie pamiętam: jeśli ktoś pamięta jak było proszę o wpis). Dwunastki w Wałbrzychu na początku lat 90 tych to był kosmos zupełny. Można tam było pójść na koncert właściwie każdego czyli przewinęły się przez tę knajpę: T.Love, Kult, Kazik, Lady Pank i cała masa innych. Kult i Kazik gościli tam na stałe. Pamiętam jak przed koncertem Kazika staliśmy stłoczeni przed wejściem. Do knajpy i sklepu muzycznego wchodziło się z dość dużej klatki schodowej starej kamienicy więc tłoczyliśmy się tam przyklejeni prawie do drzwi czekając na otwarcie. W pewnym momencie przez tłum do drzwi zaczął się przedzierać starszy człowiek – prawdopodobnie dozorca tego przybytku. Ktoś rzucił ponad głowami „Miejsce zrobić ! Tata Kazika idzie !”. Innym razem pamiętam jak podczas innego koncertu Kazika śpiewał on jedną ze swoich piosenek, której słowa brzmiały „szłem, szłem, szłem…”. W pewnej chwili ktoś z tłumu mając na względzie poprawność językową artysty krzyknął „Chyba „szedłem””. Kazik rzucił szybko „Sam wiem co robiłem” i kontynuował śpiewanie. Kiedyś po koncercie Lady Pank ustawiliśmy się z Babe w kolejce po autografy. Kiedy już nadeszła nasza kolej i ochroniarz wpuścił kilka osób na zaplecze gdzie zespół dawał autografy podeszliśmy do pierwszego w kolejce Borysewicza z książeczkami reklamowymi sponsora koncertu, na których tylna część okładki była biała i idealnie nadawała się do zebrania podpisów. Artysta Borysewicz zobaczywszy podsunięte książeczki z logo Żywca rozsierdził się okrutnie i zaczął wykrzykiwać coś o braku poszanowania dla artystów i tym, że nie można im (artystom) podsuwać takich gówien do złożenia autografów i zakończył swoją nerwową tyradę stanowczym odmówieniem złożenia swojego podpisu. Reszta artystów-kolegów nerwowego Pana Janka włącznie z Panasewiczem bez problemów dała nam autografy i wyszliśmy rozbawieni postawą Pana Janka z tym, że w drzwiach nasz kolega Mula rzucił jeszcze coś o tym, że jak Pan Janek taki artysta to czemu raczył był wiele lat temu wystawić swój narząd w obecności młodocianej publiczności na koncercie we Wrocławiu. Ochroniarze wywalili nas z zaplecza i spokojnie z kolegą Mulą i Babe udaliśmy się w kierunku baru, żeby zatopić swój śmiech z postawy Artysty Borysewicza w kolejnych kuflach piwa.
Nie wiem czy działają wciąż Dwunastki na wałbrzyskim rynku i czy atmosfera jest tam wciąż dobra więc jeśli ktoś może coś o tym napisać to bardzo proszę.
Towarzyszący Dwunastkom sklep muzyczny wypełniony kasetami magnetofonowymi i płytami CD był miejscem, do którego udawało się albo w celu nabycia najnowszej kasety Edyty Bartosiewicz albo w celu zwyczajnego pooglądania co też fajnego ostatnio wyszło i ile to kosztuje. Zakupiłem tam m.in. płyty Clan of Xymox oraz Cocteau Twins. To było centrum muzyki w Wałbrzychu, na rynku pod numerem 12 i tak to miejsce zapamiętam.

środa, marca 14, 2007

Sudety

No cóż – nadal zasilam tego bloga sam bo Tubularek zajął się szukaniem zdjęć nocnego Wałbrzycha albo testowaniem zupełnie nowej wersji przeglądarki HutuButu 2.0 albo słuchaniem Howarda Jonesa z 1985 roku.
Na pewno zostanę przez niego objechany za wkładanie nieładnych graficznie linków do klipów albo za komentowanie jego nieobecności na blogu, ale jak na razie ten blog nie poddał się cenzurze i jego twórca (czyli Tubularek będący częścią duetu artystyczno-dyskusyjnego „Pol-Arek”) pozwala mi na te wszystkie herezje gdyż nie lubi kneblowania wolnych mediów.
Ja piszę, Tubularek szuka i słucha, a w międzyczasie wspominam Hotel Sudety i jego monumentalną bryłę. Przypominam sobie chodzenie do hotelowej restauracji na alkohol w ramach zajęć. Pamiętam też moje jedyne śniadanie zjedzone w tej knajpie w momencie desperacji (miałem 1 dolara, którego w recepcji wymieniłem na złotówki i za te pieniądze zafundowałem sobie jajecznicę). W mojej pamięci kołacze się także jeden raz kiedy siedząc tam i pijąc chyba piwo obserwowałem i słuchałem siedzących obok przy stoliku tzw. członków popularnego bandu rockowego Sweet Noise. Sprawiali wrażenie jakby w ciągu swojego całego życia nauczyli się tylko i wyłącznie zwrotów w rodzaju: „A wiesz chuj, że on tam zjebał wszystko w pizdu” lub „Pierdolę takie coś, przecież chujowa sprawa, że ten kutas pojebał kurwa wszystko i ochujał”. Glaca (czyli śpiewak Sweet Noise) jest dla mnie OK. gościem, ale jakoś tak wtedy nie mogłem się skupić na piwie bo trudno mi było ustalić tok rozmowy z powodu natłoku „kurwów” i „chujów”. Tak bywa.
Sudety to był socjalistyczny hotel z socjalistyczną imażerią, ale miał swój urok. Moi znajomi, którzy dawno dawno temu mieli tam praktyki ze swojej szkoły hotelarskiej opowiadali jak to goście zamawiali tzw. szampana do pokoju, po czym obsługujący danego gościa koleś biegł do pobliskiego monopolowego, nabywał drogą kupna napój marki „Sowietskoje Igristoje”, gonił z nim do pokoju gościa i inkasował kilka razy tyle co cena tego szampona w sklepie. Wzruszające. Kiedyś czytałem o wydarzeniu, którego bohaterem był Paweł Mścisławski, pierwszy basista Lady Pank. Otóż Mścisławski, posiadający w tych czasach świetności zespołu pseudonim „Kapiszon” raczył był wejść z ulicy do hotelowego holu przez szklane drzwi. Słowo „przez” jest tutaj użyte w sensie dosłownym gdyż Kapiszon będący pod tzw. wpływem nie zauważył szklanych drzwi i wtarabanił się do holu rozwalając dzrwi w drobny mak.
Inna historia z Lady Pank zdarzyła się kiedy indziej po koncercie zespołu w popularnych wałbrzyskich dwunastkach, ale o tym inną razą. Także o dwunastkach gdyż warte są większego zachodu i opisania. Nie wiem czy Tubularek kiedykolwiek był w dwunastkach i będzie miał coś do powiedzenia na ten temat, ale ja spróbuję kiedyś coś o tym napisać.

wtorek, marca 13, 2007

Szanowny Pirxie !

Założyłeś ten wspaniały blog opiewający piękno Wałbrzycha. Miasta, które było dla nas obydwu miejscem ważnym, kochanym za swoje piękno i za swój przyciągający nastrój. Miejsce, o którym raczej się nie marzy kiedy się w nim mieszka. Miejsce, z którego się wyjeżdża później na zawsze, ale wraca się do niego za każdym razem z coraz większą radością. No chyba, że jest się Njumanem i przyjechawszy tam w 1990 r. zostaje się w nim przez kolejne 17 lat (w tym samym miejscu, na tej samej ulicy i praktycznie w tym samym budynku). Całujemy Cię przyjacielu z tego miejsca mocno i czule !
Powołałeś do życia Pirxie tego bloga i………………..
……….Nic nie piszesz od dłużzego czasu.
Pirxie ! Zostaw kolejne wersje ubuntu. Przestań słuchać Last.fm i słuchać swojego radia na Winampie.
Napisz coś ! Wierne rzesze czytelników z Polski i całego świata czekają na Twoje wpisy !
Wpisz coś bo obawiam się, że w proteście przeciwko Twojemu blogowemu lenistwu pewnego dnia wybuchną ogólnoświatowe rozruchy.
A soundtrackiem do tego wpisu jest „Anthem for the Year 2000” - Silverchair

Skorpion ma się dobrze czyli część druga

Otóż okazuje się, że czlowiek, który był częścią naszego z Tubularkiem muzycznego życia nadal działa w branży muzycznej czyli sprzedaje płyty. W Wałbrzychu bo gdzieżby indziej. Robi się miło na duszy i zastanawiam się tylko czy robi to w tym samym miejscu co kiedyś. Kiedy ostatnio jechałem tamtędy nie widziałem już szyldu „Skorpion”, ale może ….jest tam nadal albo przeniósł się w jakieś bardziej reprezentacyjne miejsce. Przypomniało mi się jeszcze, że Pan Skorpion miał w swojej wypożyczalni kilka tysięcy płyt. To nie jest dziwne. Najciekawsze jest, że w domu miał też kilka tysięcy płyt i wiele z nich się powtarzało z tymi w wypożyczalni. Było to niesamowite dla ludzi takich jak ja, którzy mieli wtedy kilkanaście płyt. Przypomniało mi się też jeszcze, że w późniejszym czasie można było w wypozyczalni kupić płyty winylowe i niechodliwe płyty CD. Oczywiście wśród tych niechodliwych płyt CD znalażły się jakieś egezmplarze Clan of Xymox. No i jeszcze przypomniało mi się jak kiedyś Tubulraek musiał odkupić jedną z płyt (a była to składanka Erasure) gdyż raczył był wypuścić ją z rąk idąc po schodach w bloku i kiedy spadła dodatkowo w jakiś znany tylko sobie sposób zjechał na niej w stylu surfingowym. Po uzyciu jej jako deski do surfowania płyta zaczęła „skakać” w odtwarzaczu i Tubularek chcąc nie chcąc musiał udać się do pobliskiego sklepu z płytami i zakupić identyczną płytę w celu zwrócenia jej do pana Skorpiona. Nie muszę dodawać, że koszt takiej płyty dla nas w tamtym czasie to były jakieś 2 tygdonie życia w Wałbrzychu więc przez 2 tygodnie Tubularek chyba żył przyśłowiowym powietrzem. Rozmawiając wczoraj z Tubularkiem skajpicznie zgadaliśmy się i okazało się, że płyta Erasure leży u niego na półce.

Krótka historia o nowoczesnej bibliotece na rynku


Nie pamiętam już kiedy rozpoczęła działalność ta fenomenalna biblioteka na wałbrzyskim rynku. To nie była zwykła biblioteka jaką każdy z nas (przynajmniej mieszkający kiedyś w mniejszym mieście) zna z własnego doświadczenia. Nowa biblioteka, która mieściła się na rynku była niezwykła. Oprócz (co oczywiste) książek, można w niej był posłuchać muzyki i obejrzeć filmy. Pewnie wszyscy mieszkający w dużych miasatch prychną na myśl o takim „wynalazku”, bo przecież oni nie znają innych bibliotek, ale dla mnie była to kraina nowych wrażeń.
Bibioteka była w pieknym starym budynku. Chodziłem tam, brałem jakąś płytę, jakąś gazetę i siadałem w fotelu. Bibliotekarka przychodziła, włączała odtwarzacz, wkładała do niego płytę (nie można było samemu wkładać ani zmieniać płyt) i dawała pilota. Siedziało się, słuchało Ultravox i czytało gazetę. Coś piękbego, nowego i fascynującego. Płyty można też było wypożyczać, ale z tego co pamiętam to kaucja czy też abonament były tak duże, że w ogóle nawet o tym nie myślałem.
Ciekawe czy nadal tam jest ta biblioteka i czy nadal nie można samemu wkładać płyty do odtwarzacza :-)

wtorek, marca 06, 2007

Skorpion

Niedaleko Dworca Miasto, w okolicy tyleż dumnej co socjalistycznej bryły Hotelu Sudety była brama. Nic wielkiego: brama z domofonem, a za nią dość podejrzane podwórko. Na bramie wisiała tablica z napisem „Skorpion”. Wtedy w 1994 czy 1995 roku taka nazwa nie kojarzyła się jeszcze z agencją ochrony mienia czy firmą detektywistyczną. Właściwie nie kojarzyła się z niczym ale wtedy w 1994 czy 1995 za tą bramą otwieraną domofonem było miejsce niesamowite. Otóż mieściła się tam wypożyczalnia płyt CD. W czasach obecnych kiedy plyta przestała mieć wartość i zastąpił ją Wielki Plik MP3 jest nie do uwierzenia, że wtedy istniało coś takiego jak wypożyczalnia płyt.
Wypożyczalnię prowadził człowiek magiczny i niesamowity. Nie pamiętam czy nazywaliśmy Go Skorpionem, ale myślę, że tak było. Człowiek ten posiadał jedną rekę i ogromną, imponującą nam wiedzę muzyczną. Myślę, że w innych okolicznościach to właśnie Pan Skorpion mógłby pracować jako dziennikarz w radiowej Trójce, a Wojciech Mann prowadziłby wypożyczalnię płyt CD.
Zwykle wejście do królestwa płyt CD wyglądało tak, że naciskało się przycisk domofonu na bramie i za chwilę brzęczenie zwiastowało, że można już wejść do tej świątyni muzyki. Wchodziło się więc z płytą, której słuchało się przez ostatnią dobę lub przez cały weekend i szukało się nowych wrażeń muzycznych. W świecie bez mp3, bez ripowania płyt, bez gigabajtów muzyki na kązdym dysku, wypożyczalnia była miejscem, w którym szukało się nowej muzyki albo wypożyczało się płytę, którą do tej pory słuchało się przez lata jedynie z ciągnącej się taśmy magnetofonowej.
Po oddaniu dzień wcześniej wypożyczonej i przesłuchanej płyty albo brało się coś wcześniej wymyślonego (np. jakiś dawny album Clan of Xymox) albo szukało się inspiracji w kartonowym pudle stojącym na ladzie (prawie czuję teraz zapach pomalowanej czerwoną farbą lady). Czasem znajdowało się coś co zainteresowało, kiedy indziej prosiło się o jakieś pomysły samego Pana Skorpiona. I tutaj nasz bohater był niezrównany gdyż zawsze kiedy chciało się, żeby coś polecił ze swego przepastnego archiwum słyszało się z jego ust: „Bodzio Hity ! Brać, brać !”. W tym zawołaniu dawała znać radosna natura Skorpiona. Chodzi o to, że z wypożyczalni korzystały dwie główne grupy osobników. Jedni z nich to byli tacy straceńcy jak my z Mesje, którzy przyłazili tam wypożyczyć 2-3 płyty w tygodniu, żeby się później nimi podniecać pijąc kefir i patrząc w sufit. I na takich Skorpion, powiedzmy sobie szczerze, nie zarabiał. Drugą grupą osobników wciskających przycisk na bramie byli natomiast prowadzący dyskoteki w okolicznych wioskach i Ci dawali Skorpionowi zarobić wypożyczając w piątkowe wieczory 10-20 płyt na raz (gdzież tam nasz detal przy takich hurtownikach). Pośród tych płyt były niewątpliwe hity w postaci składanek „Bodzio Hity” w wykonaniu Smolenia Bohdana, dawnego kabareciarza z Kabaretu Tey, który w czasach prosperity wypożyczalni Skorpion trudnił się nagrywaniem biesiadnych piosenek do natychmiastowego wykorzystania podczas przytupywania w klepisko wiejskiej dyskoteki. Skorpion, u którego wypożyczaliśmy takie „hity” jak Xymox czy Cocteau Twins swoim zawołaniem śmiał się dobrodusznie z nas - wałbrzyskich romantyków, którzy co prawda nie zapewniali mu bytu, ale za to „rozwijali się kulturalnie”. Przy okrzyku Skorpion lubił wymachiwać płytą w.w. Bodzia i razem już patrzyliśmy się na siebie z radością. c.d.n.

poniedziałek, marca 05, 2007

Latanie

Człowiek musi polatać. Musi żyć ze świadomością, że tak mocno nie żył nigdy nikt wcześniej. Musi wiedzieć jak smakuje wszystko. Jasne, że tak. Przede wszystkim musi jednak pamiętać. Nie tą jednak nudną pamięcią, która każe skamleć nad młodością, która przeminęła. Nie tą pamięcią, która w najbardziej okrutny sposób każe żałować czegokolwiek, a na koniec rzucić krótkie i żałosne: „Ech ! Kiedyś to było !”. Człowiek musi latać cały czas. Jak gdyby nie wiedział, że nie wolno. Jak gdyby nie chciał nigdy przyjąć do wiadomości, że nie wypada, że już nie czas, że nie należy, że trzeba spoważnieć. Człowiek jeśli lata to lata cały czas bez względu na wiek, który nie jest częścią człowieka, a tylko statystycznym dodatkiem.
Mleko i Pocałunki muszą smakować zawsze i wszędzie tak samo: w mieszkaniu na Klonowej, w domu z widokiem na wiadukt kolejowy, w pociągu z Wrocławia do Warszawy czy w samochodzie zmierzającym rankiem gdzieś daleko do centrum miasta kiedy mija się największy wieżowiec świata.

czwartek, marca 01, 2007

Mineralna i porter

W Szczawnie nigdy nie było Pirxa ani Munkioramy, Tubularka i OneSkateNumber'a.
Jak mam pisać o tych kilku miesiącach spędzonych na Klonowej nie nazywając dwóch głównych bohaterów mających tam miejsce zdarzeń ich prawdziwymi imionami ?
O Szczawnie miałem napisać później, jutro, w stosownym czasie... Szczawno to było zwieńczenie całości – czy tragiczne, komiczne czy trochę i takie i to drugie- nie ma dziś znaczenia.
Szczawno – jeśli spojrzeć na plan Wałbrzycha , jest jego integralną częścią połączoną ruchliwymi arteriami przelotowych tras. Przejechać przez Wałbrzych najczęściej znaczy- przejechać przez Szczawno. Czy chce tego ktoś czy nie. Nie wiem czy chciałem do Szczawna przyjechać. Szczawno pojawiło się w moim życiu już na początku mojego pobytu w Wałbrzychu w sposób , który świetnie oddaje ducha tamtego czasu , mojego sposobu myślenia i funkcjonowania w tamtym czasie i miejscu.
Szczawno było odległym - Niczym - przez długi czas. W latach 1992 i 1993 człowiek zwany -już wtedy chyba – Mesje – prowadził stosunkowo monotonne życie , jak wcześniej napisałem, polegające głównie na przejazdach do i z Koledżu. Trudno powiedzieć jak świat postrzegał tego skądinąd miłego chłopca – bo przecież widziałem wszystko jego oczyma zatem jego samego widzieć mogłem w sposób dość ograniczony.
Dość rzec że był Mesje. Przemieszczał się zachowawczo po wyznaczonej na wstępie swojej wałbrzyskiej Odysei marszrucie i zamykał się w swoim pokoju w akademiku na Andersa.


Tutaj pierwsza z wielu dygresji.(po której następnie łagodnie powrócę do wiodącej myśli jaka mi przyświecała kiedym zaczynał pisać niniejsze akapity)


Akademik „na Andersa”(część pierwsza).


Pan I. – kierownik tego przybytku studenctwa językoznawczego w Wałbrzychu- dziś jeśli poszperać w sieci- prowadzi chyba jakieś biuro – wówczas człowiek bywały, światowy, opalony , w rozpiętej zawadiacko koszuli – powiedzmy że "hawajskiej" – uwodził mieszkające w akademiku dziewczyny, pewną panią sekretarę i sam siebie. Ze względu na koszulę wart wzmianki- w tamtych czasach osobliwie barwna plama wśród szarych wałbrzyskich tynków. Rozmach i elegancja na miarę ulicy Lenina i Forda Sierry.
Kjurówka – dość malownicza, mikra dziewczynka o zastanawiającym spojrzeniu- co przydawało jej szczególnego powabu – ale chyba była odmiennego zdania. Pojawi się jeszcze we wspomnieniach na pewno – dziś warto zaznaczyć że w tamtych dniach kiedy Mesje był tak bardzo zamkniętym w sobie preromantykiem (nie wiem czy zdobędę się na odwagę i wytłumaczę skąd to „pre”), właśnie Kjurówka dość poważnie przyczyniła się do powolnego wybudzania Mesje ze stanu międzywymiarowo-pozaczasowego uśpienia w jakim tenże sobie spokojnie pozostawał i swobodnie lewitował.
Spokojna egzystencja Mesje została pewnego dnia dość bezceremonialnie wstrząśnięta kiedy to owa Kjurówka strzeliła Mesje w mordę. To chrupnięcie szczęki zapamięta nieszczęśliwy lekkoduch na zawsze, podobnie jak złowrogi błysk w oku Kjurówki jaki temu zajściu towarzyszył.
Nie warto zastanawiać się nad tym co było powodem tak gwałtownej reakcji natapirowanej , kruczoczarnej agresorki , być może Mesje coś palnął treścią wypowiedzi nie trafiając do przekonania panny owej – dość że dostał w twarz i do myślenia .
Ukraińska kucharka z warkoczem. Niezwykle niska , pękata kobieta o przenikliwym spojrzeniu. Tutaj już zupełnie nie wiem dlaczego dość szybko odniosłem wrażenie że nie lubiła Mesje. A może lubiła, tylko... jakoś inaczej? Pan Idzi chwalił sobie kuchnię jej (cuisine) podkreślając ilość czosnku jaka zawsze pojawiała się w przygotowywanych przez ową Ukrainkę potrawach. Zawsze kiedy oddawałem swoje talerze spoglądała na mnie z dziwnym pomieszaniem gniewu i sympatii. Nigdy nie byłem pewien czy nakładając na talerze – ze złością do nich nie pluła.
Nie pamiętam imienia tego człowieka – był tam chyba stróżem – miły ale na pewno cwany , sprawiający wrażenie typa bez skrupułów . Często chwalił się swoją córką studiującą na Politechnice.
Oto więc po uderzeniu w twarz, warkoczu Ukrainki pojawił się kolejny temat do przemyślenia w moim powolnym świecie – porno w akademiku na ulicy Lenina. Nie był to ostatni z lodołamaczy skutego mrozem inercji wnętrza Mesje – jednak wtedy te oznaki życia na zewnątrz stanowiły dla eksploratora własnego jestestwa olbrzymie wyzwanie. Wyjście na zewnątrz – trwające od jakiegoś czasu – już niedługo miało ulec znacznemu przyśpieszeniu. Lecz jeszcze nie dziś, nie teraz , nie w chwili o której chce napisać nawiązując do pierwszego zaistnienia w mojej świadomości - Szczawna.

Wracając każdego dnia ze szkoły, skręcałem- jak każdy powracający , z ulicy Lenina , w lewo – w bramę akademika. Minąć musiało kilka miesięcy mojego pobytu na tej ulicy bym dostrzegł że ulica ta ciągnie się, ku mojemu niepomiernemu zdumieniu gdzieś dalej, gdzieś – co było umiarkowanie dla mnie podówczas interesującym faktem – poza moje życie.
Bo moje życie było tam gdzie byłem ja. Nie było zaś możliwości bym przeniósł całe swoje życie tak spokojnie, szybko i bez zastanowienia gdzieś gdzie mnie jeszcze nie było – tak po prostu tam idąc. Widziałem zatem w dali malejące domy i jakieś tablice przy drodze, znaki drogowe, nic szczególnego. Od czasu do czasu niektórzy z moich znajomych opowiadali , lecz nie szczególnie mnie było w stanie to zainteresować, o swoich spacerach i wycieczkach pieszych do pobliskiego Szczawna. Tak często pojawiała się ta nazwa w rozmowach – szczególnie dziewczyn, że w końcu zapytałem gdzie jest to Szczawno.
Zdumione koleżanki odparły że dosłownie minutę marszu od naszego akademika, dodając że tablicę z napisem „Szczawno” bez trudu można dostrzec stojąc w bramie.
Tak było w istocie – co natychmiast sprawdziłem. Spojrzałem, ujrzałem tablicę i... wróciłem do łóżka dospać, pospać i przespać. Do Szczawna nie wszedłem będąc u jego bram tak jak Mojżeszowi nie było dane wejść do Ziemi Obiecanej – nie wszedłem jeszcze wtedy. Moja ówczesna Ziemia Obiecana miała objawić się mi znacznie później. Miałem ją poznać wiosną, po długiej drodze, po marszu wśród drzew i zapachów. Zaskakującej choć banalnej podróży poprzez Górę Giedymin ku samemu sercu miasta w którym miałem się zakochać.
Tak miało być później, bo chwili o której piszę – spałem. Choć byłem w sercu mojej późniejszej miłości- jej nie było we mnie. Urok tamtego czasu jeszcze się nie objawił a czar tamtych miejsc jeszcze nie spłynął z wieczornymi mgłami po zboczach Chełmca , nie owionął mnie swoją magiczną aurą. Jeszcze spałem.
W Szczawnie kilka lat później- nie było Pirxa i nie było Munkioramy.
W Szczawnie byliśmy – wśród wielu osób dobrze i źle wspominanych – my dwaj , Młody-Młody. Ty i ja. Pol i Arek. Paweł i Arek. Młody – Młody i Mesje a czasem przecież Mesje-Mesje.
W Szczawnie kilka lat później - od tych przespanych bez sensu dni – było nam dobrze i źle.
Tyle kochaliśmy ile płakaliśmy. Tyle było pragmatyzmu ile romantyzmu.
Egzaltacja i pierogi z serem.
Mineralna woda „Młynarz” i porter. Mleko i pocałunki.
Byłem ja i Ty i ludzie o których nam wtedy chodziło, i ci od których uciekali.
Ze znikającymi powoli iluzjami i topniejącymi zasobami finansowymi czyż nie byliśmy tam tak bardzo "maklakiewiczowsko-himilsbachowscy"? Tak, w swoich – polarku i czerwonej wiatrówce, cholernie – wniebowzięci?
Pewnie się tam - szczególnie ja – zapomnieliśmy.
Żałujesz? Młody-Młody?
Patrzę za siebie i od razu się uśmiecham wspominając Szczawno, Kolejową, Krótką i Klonową.
Przecież , do cholery, człowiek musi sobie od czasu do czasu polatać...

wtorek, lutego 27, 2007

MAPLE DREAMS

Mieszkaliśmy z Tubularkiem na Klonowej. W pięknym domu pośród szczawieńskich drzew. Kilkaset metrów od ronda z przystankiem, z którego odjeżdżało się do Wałbrzycha i na który wracało się przeważnie późno w nocy żeby choć na kilka godzin złożyć się do łóżka i odpocząć po nauce, po zabawie. To była stancja, która została w nas, w naszych duszach i myślach na zawsze. Możemy wyjechać do największych miast na świecie, możemy zamawiać taksówki w najbardziej dziwacznych dzielnicach wielkich miast tego świata, ale te kilkadziesiąt metrów kwadratowych z dwoma pokojami i łazienką w tzw. przyziemiu tego domu zawsze przypomni nam, że kiedyś zależało nam na tym, żeby Cocteau Twins wydali kolejną płytę. Że kiedyś jechaliśmy pół godziny autobusem żeby oddać jeden kompakt i wypożyczyć drugi w przybytku muzyki „Skorpion”. Otóż ta stancja na Klonowej była takim miejscem, które wtedy pomimo nadchodzących depresji, rodzących się euforii i zwykłych dni kiedy chciało się wyć, wydawało nam się magiczne. Bo było magiczne. Tam słuchaliśmy „Milk & Kisses”, tam paliliśmy papierosy po 10 kilometrowym biegu, tam rozmawialiśmy o naszych życiach i tam też kłóciliśmy się na śmierć i życie. Z przodu domu wchodziło się korytarzem po schodach żeby za chwilę zejść prawie do piwnicy mieszczącej się jednak na poziomie ogrodu. Czasami wychodziliśmy tylnym wyjściem balkonowym od razu do ogrodu i okrążąjąc dom spieszyliśmy się na autobus. A latem niekiedy wyciągaliśmy fotele na dwór i chłonęliśmy wiosnę patrząc na drzewa w ogrodzie.
W tym magicznym miejscu przeżywaliśmy swoje największe wzloty.

poniedziałek, lutego 26, 2007

"Taki brzydki i brudny !"

Kiedyś jechałem skądś dokądś środkiem masowego rażenia czyli pociągiem. Zwykle w pociagu szukam jakiegoś ustronnego przedziału, żeby móc odpalić muzykę i spokojnie poczytać sobie książkę nie będąc z żadnej strony narażonym na banalne gadki o niczym ze współpasażerami. Wsiadłem do pociągu i zacząłem przegląd oferty przedziałowej. Pociąg był załadowany ludźmi w związku z czym zaglądałem do każdego przedziału szukając miejsca. Otworzyłem drzwi jednego z nich i natknąłem się na dziewczynę, z którą chodziłem do podstawówki i nie widzieliśmy się ze 20 lat. Nieszczególnie pałałem do niej sympatią wtedy w szkole w związku z czym i teraz nie rzuciłem się w jej ramiona z okrzykiem: „Kopę lat ! To opowiadaj co tam u Ciebie”. Po prostu przywitaliśmy się i siadłem na wolnym miejscu nie zdejmując kurtki gdyż byłem prawie pewny, że zaraz sobie stamtąd pójdę w poszukiwaniu innego miejsca. Oczywiście jak to bywa w takich przypadkach, pogadaliśmy co teraz robimy, gdzie mieszkamy i inne ple ple ple, którego nie cierpię, a pytanie „I co tam u Ciebie słychać ?” sprawia, że zapominam jak się nazywam i myślę o ucieczce. Równie dużym zapałem darzę przypadkowe spotykanie w pociągu ludzi, których nie widziałem ze 20 lat i wiem, że mało mnie interesuje co przez ten czas robili, gdzie pracowali i gdzie kupują meble do swojego mieszkania. No, ale cóż zdarza się, że czasem człowiek wpada w czarną dziurę przypadkowej konwersacji i musi jakoś to ciągnąć. W pewnym momencie naszej konwersacji zaczęliśmy ustalać gdzie obecnie mieszkamy i okazało się, że ona zamieszkała we Wrocławiu z mężem (który w trakcie naszej rozmowy siedział z boku i świecił czymś w rodzaju sweterka w romby). Ja powiedziałem, że mieszkam w Wałbrzychu na co ta kobieta prychnęła czy też wydała z siebie jakiś równie idiotyczny dźwięk i z wyższością należną zapyziałemu pociągowi i brudnemu przedziałowi rzekła: „Wałbrzych !?! To takie brzydkie i brudne miasto. To nie to samo co Wrocław. Nigdy nie chciałabym tam mieszkać !”. W momencie kiedy to usłyszałem usmiechnąłem się przypomniawszy sobie, że moja rozmówczyni pochodzi z małej wsi, z której po skończeniu studiów wyprowadziła się do Wrocławia i zamieszkała tam ze wspomnianym wcześniej właścicielem sweterka w romby. I, że dla niej przeprowadzka do Wrocławia to jak wyprawa na Biegun Północny i że jednocześnie obce jest jej zrozumienie zawiłości piękna takich miejsc jak Wałbrzych.
Poza tym przypomniałem sobie, że tak samo jak i w szkole podstawowej tak i teraz moja rozmówczyni nie grzeszy urodą i ma kilkanaście kilo zywej nadwagi. W ten sposób rekompensując sobie obcowanie z jej głupotą powstrzymałem się od komentarza i wyrażenia na głos opinii co myślę o jej rozumie i kosmopolitycznym podejściu do życia. Udając, że czekają na mnie znajomi ulotniłem się w poszukiwaniu lepszego miejsca do spędzenia najbliższych godzin.
Nieważne jak się nazywała moja dawna szkolna koleżanka. Nieważne co robiła w życiu i jak bardzo czuła się obywatelką tzw. Wielkiego Świata. Pewnie do tej pory nie zdaje sobie sprawy, że są takie piękne miejsca jak Wałbrzych. Pewnie nigdy nie pozna ulic tego miasta, nigdy nie spojrzy na to miasto z czułością. Pewnie nie znajdzie w nim niczego pięknego dla siebie. I niech lepiej nie szuka, bo i tak by tego co znajdzie nie zrozumiała.

czwartek, stycznia 25, 2007

LInia życia

Z Kłodzka do Wałbrzycha jechał kiedyś pociąg, którym podróżowałem co tydzień w jedną i w drugą stronę (w niedzielę o 15.30 do Wałbrzycha , a w piątek o 20.00 do Kłodzka . Linia ta teraz już podobno zlikwidowana (pieprzona rentowność i kapitalizm) jest chyba najpiękniejszą linią kolejową w Polsce. A co tam ! – jest na pewno najpiękniejszą linią kolejową w Polsce. I tą trasę pokonywałem z setkami podobnych mi straceńców dwa razy w tygodniu. Wtedy linia ta nie wydawała mi się jakaś szczególna. Tak jest zawsze, że jak coś się widzi prawie na co dzień to nie robi to wrażenia i tylko czasem kiedy we wrześniu świeciło słońce a pociąg powoli przystawał na stacjach czułem coś nieopisanie pięknego. Wtedy pociąg jechał prawie pusty i można się było napawać widokiem krajobrazów tak teraz brakujących.
W tym pociągu w niedzielę albo czytałem książkę słuchając muzyki z walkmana albo sprawdzałem setki sprawdzianów, które nieopatrznie zrobiłem tydzień wcześniej na praktykach w szkole i musiałem się uporać z ich oceną. Często też „ucinałem bajerę” (jak mawiał wspomniany już Wiciu) z napotkanymi znanymi mi współpasażerami podobnie jak ja jadącymi na studia. Z kolei piątkowy powrót był zwykle jak powrót z wojny stuletniej - po całym tygodniu zajęć, po kilku niezaliczonych kolokwiach czułem się jakbym przegrał z samym Admirałem Nelsonem. I tylko perspektywa weekendu w domu i odpczynku od tego kieratu sprawiała, że chciało mi się jeszcze uśmiechać do kogokolwiek. Do tego bagażu doświadczeń dochodził jeszcze bagaż z rzeczami do wyprania, które wypełniały torbę, w której pewnie zmieściłaby się średniej wielkości armata. Nigdy nie lubiłem plecaków więc taszczyłem tą swoją żółwiową skorupę w jednej ręce, drugą starając się ściszyć muzykę na słuchawkach żeby móc kupić bilet.
Piękne były piątkowe powroty kiedy zbliżało się lato i o dwudziestej nie było już ciemno jak u tego tam w dupie tylko dzień dopiero zbliżał się ku końcowi. Ciepłe powietrze wpadało sobie przez otwarte okno i patrząc na świat zmierzało się ku spokojnym domowym chwilom.
Linia kolejowa z Kłodzka do Wałbrzycha pojawia się w internecie w opisach ludzi i wszyscy są nią zachwyceni. Są na niej wspaniałe dolnośląskie drewniane stacje kolejowe, widok przestronnych pól i coś co powinno być sprzedawane turystom jak najpiękniejsze przeżycia na świecie, a mianowicie mosty. Pociągi często jeżdżą po mostach, ale rzadko jadąc pociągiem można obserwować drzewa z góry, z wysokości kilkunastu metrów. Ten widok jest tak niesamowity, że aż dziwne, że ta trasa nie jest jedną z największych atrakcji turystycznych Polski.

wtorek, stycznia 23, 2007

PORANNY PAPIEROS (NA DOBRY POCZĄTEK)

Zawsze wstawałem ok. 6.15, żeby zdążyć na autobus, który niezupełnie bezszelestnie przenosił mnie ze Szczawna prawie na sam koniec Wałbrzycha do szkoły zwanej dwudziestkątrójką (kiedyś należy się temu przybytkowi niejedna opowieść). To była dziwna podróż młodego nauczyciela. Wychodziłem zaspany ze stancji w Szczawnie i w mrozie (nie wiem dlaczego pamiętam głównie mróz i swoje gigantyczne niewyspanie) zasuwałem na przystanek. Wsiadałem w autobus i zasypiałem budząc się 10-5 minut przed ostatecznym celem swojej podróży czyli przystankiem na Nowym Mieście, z którego szedłem jeszcze jakiś kilometr pod górę do dwudziestkitrójki. Zaraz po wyjściu ze stancji zapalałem papierosa i zaraz po wyjściu z autobusu też zapalałem papierosa. Po drodze kupowałem jeszcze kefir i bułkę. Spóźniając się na lekcję oczyma wyobraźni widziałem swoją udrękę aż do południa kiedy to można było się spokojnie udać na zajęcia do kolegium. Te podróże na pewno byłyb kształcące gdyby nie fakt, że w całości je przesypiałem. Na przedostatnim przystanku czasami wsiadał dyrektor i musiałem się głębiej schować w kurtkę żeby mnie nie widział. A potem jakoś szybko wysiąść, żeby przed nim dotrzeć do szkoły i rozpocząć lekcje.