środa, marca 14, 2007

Sudety

No cóż – nadal zasilam tego bloga sam bo Tubularek zajął się szukaniem zdjęć nocnego Wałbrzycha albo testowaniem zupełnie nowej wersji przeglądarki HutuButu 2.0 albo słuchaniem Howarda Jonesa z 1985 roku.
Na pewno zostanę przez niego objechany za wkładanie nieładnych graficznie linków do klipów albo za komentowanie jego nieobecności na blogu, ale jak na razie ten blog nie poddał się cenzurze i jego twórca (czyli Tubularek będący częścią duetu artystyczno-dyskusyjnego „Pol-Arek”) pozwala mi na te wszystkie herezje gdyż nie lubi kneblowania wolnych mediów.
Ja piszę, Tubularek szuka i słucha, a w międzyczasie wspominam Hotel Sudety i jego monumentalną bryłę. Przypominam sobie chodzenie do hotelowej restauracji na alkohol w ramach zajęć. Pamiętam też moje jedyne śniadanie zjedzone w tej knajpie w momencie desperacji (miałem 1 dolara, którego w recepcji wymieniłem na złotówki i za te pieniądze zafundowałem sobie jajecznicę). W mojej pamięci kołacze się także jeden raz kiedy siedząc tam i pijąc chyba piwo obserwowałem i słuchałem siedzących obok przy stoliku tzw. członków popularnego bandu rockowego Sweet Noise. Sprawiali wrażenie jakby w ciągu swojego całego życia nauczyli się tylko i wyłącznie zwrotów w rodzaju: „A wiesz chuj, że on tam zjebał wszystko w pizdu” lub „Pierdolę takie coś, przecież chujowa sprawa, że ten kutas pojebał kurwa wszystko i ochujał”. Glaca (czyli śpiewak Sweet Noise) jest dla mnie OK. gościem, ale jakoś tak wtedy nie mogłem się skupić na piwie bo trudno mi było ustalić tok rozmowy z powodu natłoku „kurwów” i „chujów”. Tak bywa.
Sudety to był socjalistyczny hotel z socjalistyczną imażerią, ale miał swój urok. Moi znajomi, którzy dawno dawno temu mieli tam praktyki ze swojej szkoły hotelarskiej opowiadali jak to goście zamawiali tzw. szampana do pokoju, po czym obsługujący danego gościa koleś biegł do pobliskiego monopolowego, nabywał drogą kupna napój marki „Sowietskoje Igristoje”, gonił z nim do pokoju gościa i inkasował kilka razy tyle co cena tego szampona w sklepie. Wzruszające. Kiedyś czytałem o wydarzeniu, którego bohaterem był Paweł Mścisławski, pierwszy basista Lady Pank. Otóż Mścisławski, posiadający w tych czasach świetności zespołu pseudonim „Kapiszon” raczył był wejść z ulicy do hotelowego holu przez szklane drzwi. Słowo „przez” jest tutaj użyte w sensie dosłownym gdyż Kapiszon będący pod tzw. wpływem nie zauważył szklanych drzwi i wtarabanił się do holu rozwalając dzrwi w drobny mak.
Inna historia z Lady Pank zdarzyła się kiedy indziej po koncercie zespołu w popularnych wałbrzyskich dwunastkach, ale o tym inną razą. Także o dwunastkach gdyż warte są większego zachodu i opisania. Nie wiem czy Tubularek kiedykolwiek był w dwunastkach i będzie miał coś do powiedzenia na ten temat, ale ja spróbuję kiedyś coś o tym napisać.

wtorek, marca 13, 2007

Szanowny Pirxie !

Założyłeś ten wspaniały blog opiewający piękno Wałbrzycha. Miasta, które było dla nas obydwu miejscem ważnym, kochanym za swoje piękno i za swój przyciągający nastrój. Miejsce, o którym raczej się nie marzy kiedy się w nim mieszka. Miejsce, z którego się wyjeżdża później na zawsze, ale wraca się do niego za każdym razem z coraz większą radością. No chyba, że jest się Njumanem i przyjechawszy tam w 1990 r. zostaje się w nim przez kolejne 17 lat (w tym samym miejscu, na tej samej ulicy i praktycznie w tym samym budynku). Całujemy Cię przyjacielu z tego miejsca mocno i czule !
Powołałeś do życia Pirxie tego bloga i………………..
……….Nic nie piszesz od dłużzego czasu.
Pirxie ! Zostaw kolejne wersje ubuntu. Przestań słuchać Last.fm i słuchać swojego radia na Winampie.
Napisz coś ! Wierne rzesze czytelników z Polski i całego świata czekają na Twoje wpisy !
Wpisz coś bo obawiam się, że w proteście przeciwko Twojemu blogowemu lenistwu pewnego dnia wybuchną ogólnoświatowe rozruchy.
A soundtrackiem do tego wpisu jest „Anthem for the Year 2000” - Silverchair

Skorpion ma się dobrze czyli część druga

Otóż okazuje się, że czlowiek, który był częścią naszego z Tubularkiem muzycznego życia nadal działa w branży muzycznej czyli sprzedaje płyty. W Wałbrzychu bo gdzieżby indziej. Robi się miło na duszy i zastanawiam się tylko czy robi to w tym samym miejscu co kiedyś. Kiedy ostatnio jechałem tamtędy nie widziałem już szyldu „Skorpion”, ale może ….jest tam nadal albo przeniósł się w jakieś bardziej reprezentacyjne miejsce. Przypomniało mi się jeszcze, że Pan Skorpion miał w swojej wypożyczalni kilka tysięcy płyt. To nie jest dziwne. Najciekawsze jest, że w domu miał też kilka tysięcy płyt i wiele z nich się powtarzało z tymi w wypożyczalni. Było to niesamowite dla ludzi takich jak ja, którzy mieli wtedy kilkanaście płyt. Przypomniało mi się też jeszcze, że w późniejszym czasie można było w wypozyczalni kupić płyty winylowe i niechodliwe płyty CD. Oczywiście wśród tych niechodliwych płyt CD znalażły się jakieś egezmplarze Clan of Xymox. No i jeszcze przypomniało mi się jak kiedyś Tubulraek musiał odkupić jedną z płyt (a była to składanka Erasure) gdyż raczył był wypuścić ją z rąk idąc po schodach w bloku i kiedy spadła dodatkowo w jakiś znany tylko sobie sposób zjechał na niej w stylu surfingowym. Po uzyciu jej jako deski do surfowania płyta zaczęła „skakać” w odtwarzaczu i Tubularek chcąc nie chcąc musiał udać się do pobliskiego sklepu z płytami i zakupić identyczną płytę w celu zwrócenia jej do pana Skorpiona. Nie muszę dodawać, że koszt takiej płyty dla nas w tamtym czasie to były jakieś 2 tygdonie życia w Wałbrzychu więc przez 2 tygodnie Tubularek chyba żył przyśłowiowym powietrzem. Rozmawiając wczoraj z Tubularkiem skajpicznie zgadaliśmy się i okazało się, że płyta Erasure leży u niego na półce.

Krótka historia o nowoczesnej bibliotece na rynku


Nie pamiętam już kiedy rozpoczęła działalność ta fenomenalna biblioteka na wałbrzyskim rynku. To nie była zwykła biblioteka jaką każdy z nas (przynajmniej mieszkający kiedyś w mniejszym mieście) zna z własnego doświadczenia. Nowa biblioteka, która mieściła się na rynku była niezwykła. Oprócz (co oczywiste) książek, można w niej był posłuchać muzyki i obejrzeć filmy. Pewnie wszyscy mieszkający w dużych miasatch prychną na myśl o takim „wynalazku”, bo przecież oni nie znają innych bibliotek, ale dla mnie była to kraina nowych wrażeń.
Bibioteka była w pieknym starym budynku. Chodziłem tam, brałem jakąś płytę, jakąś gazetę i siadałem w fotelu. Bibliotekarka przychodziła, włączała odtwarzacz, wkładała do niego płytę (nie można było samemu wkładać ani zmieniać płyt) i dawała pilota. Siedziało się, słuchało Ultravox i czytało gazetę. Coś piękbego, nowego i fascynującego. Płyty można też było wypożyczać, ale z tego co pamiętam to kaucja czy też abonament były tak duże, że w ogóle nawet o tym nie myślałem.
Ciekawe czy nadal tam jest ta biblioteka i czy nadal nie można samemu wkładać płyty do odtwarzacza :-)

wtorek, marca 06, 2007

Skorpion

Niedaleko Dworca Miasto, w okolicy tyleż dumnej co socjalistycznej bryły Hotelu Sudety była brama. Nic wielkiego: brama z domofonem, a za nią dość podejrzane podwórko. Na bramie wisiała tablica z napisem „Skorpion”. Wtedy w 1994 czy 1995 roku taka nazwa nie kojarzyła się jeszcze z agencją ochrony mienia czy firmą detektywistyczną. Właściwie nie kojarzyła się z niczym ale wtedy w 1994 czy 1995 za tą bramą otwieraną domofonem było miejsce niesamowite. Otóż mieściła się tam wypożyczalnia płyt CD. W czasach obecnych kiedy plyta przestała mieć wartość i zastąpił ją Wielki Plik MP3 jest nie do uwierzenia, że wtedy istniało coś takiego jak wypożyczalnia płyt.
Wypożyczalnię prowadził człowiek magiczny i niesamowity. Nie pamiętam czy nazywaliśmy Go Skorpionem, ale myślę, że tak było. Człowiek ten posiadał jedną rekę i ogromną, imponującą nam wiedzę muzyczną. Myślę, że w innych okolicznościach to właśnie Pan Skorpion mógłby pracować jako dziennikarz w radiowej Trójce, a Wojciech Mann prowadziłby wypożyczalnię płyt CD.
Zwykle wejście do królestwa płyt CD wyglądało tak, że naciskało się przycisk domofonu na bramie i za chwilę brzęczenie zwiastowało, że można już wejść do tej świątyni muzyki. Wchodziło się więc z płytą, której słuchało się przez ostatnią dobę lub przez cały weekend i szukało się nowych wrażeń muzycznych. W świecie bez mp3, bez ripowania płyt, bez gigabajtów muzyki na kązdym dysku, wypożyczalnia była miejscem, w którym szukało się nowej muzyki albo wypożyczało się płytę, którą do tej pory słuchało się przez lata jedynie z ciągnącej się taśmy magnetofonowej.
Po oddaniu dzień wcześniej wypożyczonej i przesłuchanej płyty albo brało się coś wcześniej wymyślonego (np. jakiś dawny album Clan of Xymox) albo szukało się inspiracji w kartonowym pudle stojącym na ladzie (prawie czuję teraz zapach pomalowanej czerwoną farbą lady). Czasem znajdowało się coś co zainteresowało, kiedy indziej prosiło się o jakieś pomysły samego Pana Skorpiona. I tutaj nasz bohater był niezrównany gdyż zawsze kiedy chciało się, żeby coś polecił ze swego przepastnego archiwum słyszało się z jego ust: „Bodzio Hity ! Brać, brać !”. W tym zawołaniu dawała znać radosna natura Skorpiona. Chodzi o to, że z wypożyczalni korzystały dwie główne grupy osobników. Jedni z nich to byli tacy straceńcy jak my z Mesje, którzy przyłazili tam wypożyczyć 2-3 płyty w tygodniu, żeby się później nimi podniecać pijąc kefir i patrząc w sufit. I na takich Skorpion, powiedzmy sobie szczerze, nie zarabiał. Drugą grupą osobników wciskających przycisk na bramie byli natomiast prowadzący dyskoteki w okolicznych wioskach i Ci dawali Skorpionowi zarobić wypożyczając w piątkowe wieczory 10-20 płyt na raz (gdzież tam nasz detal przy takich hurtownikach). Pośród tych płyt były niewątpliwe hity w postaci składanek „Bodzio Hity” w wykonaniu Smolenia Bohdana, dawnego kabareciarza z Kabaretu Tey, który w czasach prosperity wypożyczalni Skorpion trudnił się nagrywaniem biesiadnych piosenek do natychmiastowego wykorzystania podczas przytupywania w klepisko wiejskiej dyskoteki. Skorpion, u którego wypożyczaliśmy takie „hity” jak Xymox czy Cocteau Twins swoim zawołaniem śmiał się dobrodusznie z nas - wałbrzyskich romantyków, którzy co prawda nie zapewniali mu bytu, ale za to „rozwijali się kulturalnie”. Przy okrzyku Skorpion lubił wymachiwać płytą w.w. Bodzia i razem już patrzyliśmy się na siebie z radością. c.d.n.

poniedziałek, marca 05, 2007

Latanie

Człowiek musi polatać. Musi żyć ze świadomością, że tak mocno nie żył nigdy nikt wcześniej. Musi wiedzieć jak smakuje wszystko. Jasne, że tak. Przede wszystkim musi jednak pamiętać. Nie tą jednak nudną pamięcią, która każe skamleć nad młodością, która przeminęła. Nie tą pamięcią, która w najbardziej okrutny sposób każe żałować czegokolwiek, a na koniec rzucić krótkie i żałosne: „Ech ! Kiedyś to było !”. Człowiek musi latać cały czas. Jak gdyby nie wiedział, że nie wolno. Jak gdyby nie chciał nigdy przyjąć do wiadomości, że nie wypada, że już nie czas, że nie należy, że trzeba spoważnieć. Człowiek jeśli lata to lata cały czas bez względu na wiek, który nie jest częścią człowieka, a tylko statystycznym dodatkiem.
Mleko i Pocałunki muszą smakować zawsze i wszędzie tak samo: w mieszkaniu na Klonowej, w domu z widokiem na wiadukt kolejowy, w pociągu z Wrocławia do Warszawy czy w samochodzie zmierzającym rankiem gdzieś daleko do centrum miasta kiedy mija się największy wieżowiec świata.

czwartek, marca 01, 2007

Mineralna i porter

W Szczawnie nigdy nie było Pirxa ani Munkioramy, Tubularka i OneSkateNumber'a.
Jak mam pisać o tych kilku miesiącach spędzonych na Klonowej nie nazywając dwóch głównych bohaterów mających tam miejsce zdarzeń ich prawdziwymi imionami ?
O Szczawnie miałem napisać później, jutro, w stosownym czasie... Szczawno to było zwieńczenie całości – czy tragiczne, komiczne czy trochę i takie i to drugie- nie ma dziś znaczenia.
Szczawno – jeśli spojrzeć na plan Wałbrzycha , jest jego integralną częścią połączoną ruchliwymi arteriami przelotowych tras. Przejechać przez Wałbrzych najczęściej znaczy- przejechać przez Szczawno. Czy chce tego ktoś czy nie. Nie wiem czy chciałem do Szczawna przyjechać. Szczawno pojawiło się w moim życiu już na początku mojego pobytu w Wałbrzychu w sposób , który świetnie oddaje ducha tamtego czasu , mojego sposobu myślenia i funkcjonowania w tamtym czasie i miejscu.
Szczawno było odległym - Niczym - przez długi czas. W latach 1992 i 1993 człowiek zwany -już wtedy chyba – Mesje – prowadził stosunkowo monotonne życie , jak wcześniej napisałem, polegające głównie na przejazdach do i z Koledżu. Trudno powiedzieć jak świat postrzegał tego skądinąd miłego chłopca – bo przecież widziałem wszystko jego oczyma zatem jego samego widzieć mogłem w sposób dość ograniczony.
Dość rzec że był Mesje. Przemieszczał się zachowawczo po wyznaczonej na wstępie swojej wałbrzyskiej Odysei marszrucie i zamykał się w swoim pokoju w akademiku na Andersa.


Tutaj pierwsza z wielu dygresji.(po której następnie łagodnie powrócę do wiodącej myśli jaka mi przyświecała kiedym zaczynał pisać niniejsze akapity)


Akademik „na Andersa”(część pierwsza).


Pan I. – kierownik tego przybytku studenctwa językoznawczego w Wałbrzychu- dziś jeśli poszperać w sieci- prowadzi chyba jakieś biuro – wówczas człowiek bywały, światowy, opalony , w rozpiętej zawadiacko koszuli – powiedzmy że "hawajskiej" – uwodził mieszkające w akademiku dziewczyny, pewną panią sekretarę i sam siebie. Ze względu na koszulę wart wzmianki- w tamtych czasach osobliwie barwna plama wśród szarych wałbrzyskich tynków. Rozmach i elegancja na miarę ulicy Lenina i Forda Sierry.
Kjurówka – dość malownicza, mikra dziewczynka o zastanawiającym spojrzeniu- co przydawało jej szczególnego powabu – ale chyba była odmiennego zdania. Pojawi się jeszcze we wspomnieniach na pewno – dziś warto zaznaczyć że w tamtych dniach kiedy Mesje był tak bardzo zamkniętym w sobie preromantykiem (nie wiem czy zdobędę się na odwagę i wytłumaczę skąd to „pre”), właśnie Kjurówka dość poważnie przyczyniła się do powolnego wybudzania Mesje ze stanu międzywymiarowo-pozaczasowego uśpienia w jakim tenże sobie spokojnie pozostawał i swobodnie lewitował.
Spokojna egzystencja Mesje została pewnego dnia dość bezceremonialnie wstrząśnięta kiedy to owa Kjurówka strzeliła Mesje w mordę. To chrupnięcie szczęki zapamięta nieszczęśliwy lekkoduch na zawsze, podobnie jak złowrogi błysk w oku Kjurówki jaki temu zajściu towarzyszył.
Nie warto zastanawiać się nad tym co było powodem tak gwałtownej reakcji natapirowanej , kruczoczarnej agresorki , być może Mesje coś palnął treścią wypowiedzi nie trafiając do przekonania panny owej – dość że dostał w twarz i do myślenia .
Ukraińska kucharka z warkoczem. Niezwykle niska , pękata kobieta o przenikliwym spojrzeniu. Tutaj już zupełnie nie wiem dlaczego dość szybko odniosłem wrażenie że nie lubiła Mesje. A może lubiła, tylko... jakoś inaczej? Pan Idzi chwalił sobie kuchnię jej (cuisine) podkreślając ilość czosnku jaka zawsze pojawiała się w przygotowywanych przez ową Ukrainkę potrawach. Zawsze kiedy oddawałem swoje talerze spoglądała na mnie z dziwnym pomieszaniem gniewu i sympatii. Nigdy nie byłem pewien czy nakładając na talerze – ze złością do nich nie pluła.
Nie pamiętam imienia tego człowieka – był tam chyba stróżem – miły ale na pewno cwany , sprawiający wrażenie typa bez skrupułów . Często chwalił się swoją córką studiującą na Politechnice.
Oto więc po uderzeniu w twarz, warkoczu Ukrainki pojawił się kolejny temat do przemyślenia w moim powolnym świecie – porno w akademiku na ulicy Lenina. Nie był to ostatni z lodołamaczy skutego mrozem inercji wnętrza Mesje – jednak wtedy te oznaki życia na zewnątrz stanowiły dla eksploratora własnego jestestwa olbrzymie wyzwanie. Wyjście na zewnątrz – trwające od jakiegoś czasu – już niedługo miało ulec znacznemu przyśpieszeniu. Lecz jeszcze nie dziś, nie teraz , nie w chwili o której chce napisać nawiązując do pierwszego zaistnienia w mojej świadomości - Szczawna.

Wracając każdego dnia ze szkoły, skręcałem- jak każdy powracający , z ulicy Lenina , w lewo – w bramę akademika. Minąć musiało kilka miesięcy mojego pobytu na tej ulicy bym dostrzegł że ulica ta ciągnie się, ku mojemu niepomiernemu zdumieniu gdzieś dalej, gdzieś – co było umiarkowanie dla mnie podówczas interesującym faktem – poza moje życie.
Bo moje życie było tam gdzie byłem ja. Nie było zaś możliwości bym przeniósł całe swoje życie tak spokojnie, szybko i bez zastanowienia gdzieś gdzie mnie jeszcze nie było – tak po prostu tam idąc. Widziałem zatem w dali malejące domy i jakieś tablice przy drodze, znaki drogowe, nic szczególnego. Od czasu do czasu niektórzy z moich znajomych opowiadali , lecz nie szczególnie mnie było w stanie to zainteresować, o swoich spacerach i wycieczkach pieszych do pobliskiego Szczawna. Tak często pojawiała się ta nazwa w rozmowach – szczególnie dziewczyn, że w końcu zapytałem gdzie jest to Szczawno.
Zdumione koleżanki odparły że dosłownie minutę marszu od naszego akademika, dodając że tablicę z napisem „Szczawno” bez trudu można dostrzec stojąc w bramie.
Tak było w istocie – co natychmiast sprawdziłem. Spojrzałem, ujrzałem tablicę i... wróciłem do łóżka dospać, pospać i przespać. Do Szczawna nie wszedłem będąc u jego bram tak jak Mojżeszowi nie było dane wejść do Ziemi Obiecanej – nie wszedłem jeszcze wtedy. Moja ówczesna Ziemia Obiecana miała objawić się mi znacznie później. Miałem ją poznać wiosną, po długiej drodze, po marszu wśród drzew i zapachów. Zaskakującej choć banalnej podróży poprzez Górę Giedymin ku samemu sercu miasta w którym miałem się zakochać.
Tak miało być później, bo chwili o której piszę – spałem. Choć byłem w sercu mojej późniejszej miłości- jej nie było we mnie. Urok tamtego czasu jeszcze się nie objawił a czar tamtych miejsc jeszcze nie spłynął z wieczornymi mgłami po zboczach Chełmca , nie owionął mnie swoją magiczną aurą. Jeszcze spałem.
W Szczawnie kilka lat później- nie było Pirxa i nie było Munkioramy.
W Szczawnie byliśmy – wśród wielu osób dobrze i źle wspominanych – my dwaj , Młody-Młody. Ty i ja. Pol i Arek. Paweł i Arek. Młody – Młody i Mesje a czasem przecież Mesje-Mesje.
W Szczawnie kilka lat później - od tych przespanych bez sensu dni – było nam dobrze i źle.
Tyle kochaliśmy ile płakaliśmy. Tyle było pragmatyzmu ile romantyzmu.
Egzaltacja i pierogi z serem.
Mineralna woda „Młynarz” i porter. Mleko i pocałunki.
Byłem ja i Ty i ludzie o których nam wtedy chodziło, i ci od których uciekali.
Ze znikającymi powoli iluzjami i topniejącymi zasobami finansowymi czyż nie byliśmy tam tak bardzo "maklakiewiczowsko-himilsbachowscy"? Tak, w swoich – polarku i czerwonej wiatrówce, cholernie – wniebowzięci?
Pewnie się tam - szczególnie ja – zapomnieliśmy.
Żałujesz? Młody-Młody?
Patrzę za siebie i od razu się uśmiecham wspominając Szczawno, Kolejową, Krótką i Klonową.
Przecież , do cholery, człowiek musi sobie od czasu do czasu polatać...