Sięgam pamięcią i choć kilkanaście lat już minęło to zamykając oczy widzę jak było.
Było zaś tak. ..
Tuż za stacją Wałbrzych Miasto, jadąc do centrum ulicą Armii Krajowej, droga skręca w prawo -tuż na przeciw budynku "Kalkomanii", przejazd kolejowy, na lewo fabryka porcelany i tuż zaraz na prawo przystanek na którym w zimnie i mokrym śniegu czekałem na "ósemkę" - trzęsącą i pokancerowaną, przerdzewiałą ryczącą i cuchnącą spalinami maszynę, która ktoś w przypływie widać wielkiej fantazji nazwał , nie dośc że autobusem, to jeszcze Ikarusem.
Ikar z mozołem wspinał się zimą z trudem po śliskim od zmrożonego błota asfalcie.
Kolejne zakręty przynosiły coraz to piękniejsze widoki i chyba nigdy nie znudziły mnie te dojazdy i powroty z Białego Kamienia na Stary Zdrój. Czasem sam , a i parę razy z Wiciem podążaliśmy tą drogą jak mawiał - "z buciora", pochyleni na stromym podejściu, spoceni wczesnym upałem na wiosnę, przemoknięci w rozmokłą zimę. Powietrze połykane w pośpiechu i przemakające buty - człapaliśmy niedbale rozbryzgując marną imitację śniegu kląskającą pod podeszwami. W starej kreszowej kurtce młody koleś ze starszym byłym założycielem Dyskusyjnego Klubu Filmowego w Nowej Rudzie obutym w tandetne białe plastikowe adidaski podążali już to w kierunku Białęgo Kamienia , już to ku Staremu Zdrojowi.
Pogaduchom nie było końca, "strzelanie bajery" było bowiem równie ważne jak "przypierdolenie komara" tudzież poranny "szałer". Zmęczeni nieopodal szczytu wchodzili do małego sklepiku gdzie Wiciu - górnik-anglista podówczas - in spe - lubił "zarzucić jabco" czyli spożyć jabłuszko.
Słońce topiło śnieg na asfalcie i strumienie brudnej ,śniegowej bryi spływały ku Białemu Kamieniowi - ale wzrok wznosił się już ku rozświetlonym stokom migoczącego w popołudniowym słońcu Chełmca.
Schodzili wrzeszcząc, kłócąc się, machając rękoma , co rusz zatrzymując się i przeklinając - dając w ten sposób wyraz swemu poruszeniu i oburzeniu kwestiami wypowiadanymi przez interlokutora.
Czekali przez wiele miesięcy, lat w końcu, na odpowiedź i finał prostowania swoich życiorysów. Nie ważne jak długo miało to jeszcze trwać i ile czasu odebrać im obu. W tamtych chwilach - tam i wtedy szli gryząc jabłka, chlapiąc błotem, drżąc w swoich marnych kurteczkach na zimnie.
"Brain Salad Surgery" było tematem na tę drogę i na pózniejsze siedzenie w fotelu, w tak zawnym akademiku na ulicy Lenina - póżniej przemianowanej na Andersa.
"Break on through to the other side", "You need coolin' baby, I'm not foolin' "'- ryczał Pan Wituchna pod prysznicem uprzednio zapomniawszy zamknąć za sobą drzwi, zaś przechodząca w pobliżu filigranowa Ewunia uśmiechała się słysząc te potępieńcze ryki i rumieniła widząc nagiego Witka zupełnie swobodnie zażywającego gorącego prysznica.
Chyba we wtorki któregoś tam roku , jednego z tych póżniejszych dziewięćdziesiątych, wracałem jak najszybciej mogłem- a nie było to blisko- do akademika , tak aby zdążyć na kolejne odcinki pokazywanej wówczas w telewizji "Lalki". Włąściwie to po to żeby znów posłuchać muzycznego motywu na początku i końcu filmu i poczuć znów ten łapiący za serce ckliwy klimat.
W tym akademiku na Andersa lubiłem zasypiać nad ranem - ledwie mogłem zdążyć na ostatni sensowny autobus. Pneumoń i Górnik rzadko mieli cierpliwość żeby na mnie czekać.
Z rozwianym szalikiem, nieuczesany i zaspany wpadałem ku ich uciesze do ósemki, chwytałem się zimnej wściekle metalowej rury, zwieszałem głowę i na piętnaście minut dosypiałem łypiąc od czasu do czasu na lewo i prawo orientując się z narastającym strachem, który w istocie nie pozwalał drzemać, odliczając kolejne przystanki i z trwogą przypominając sobie czego dzień wcześniej nie nauczyłem się na następne zajęcia.
Chełmiec z niezmąconym spokojem szumiał swoimi lasami i towarzyszył nieporuszony od tysiącleci
podobnym mi - wypełniając przestrzeń przed nimi i wokół nich swoją górzystą wyniosłością i odrywając ich oczy od ziemi pod nogami, książek w dłoniach, zagłuszając swoim cichym szumem ryczące autobusy , wynosząc się ponad szyby kopalń i troski zagonionych ludzi. Unosił na tych kilka chwil każdego dnia myśli nieznośnie zmuszane do dyscypliny codzienności.
Stał za moimi plecami kiedy goniłem do szkoły, był bez zmian na swoim miejscu kiedy wszystko wokół mnie coraz szybciej zmieniało się, przyspieszało, nie dawało oparcia...
Blogged with Flock
