sobota, listopada 11, 2006

Borowa

Na najwyższym piętrze internatu "Sasanka" przy Kolejowej 27 w Szczawnie - jest łazienka. Pomieszczenie nadzwyczaj ascetycznie urządzone, zimne jak diabli o każdej porze roku, nieprzytulne i zupełnie nieestetyczne.

Często zostawałem w "Sasance" na sobotę i niedzielę - chciałem w ciszy powrócić do siebie, do swoich myśli, uciec od tęsknot za domem rodzinnym, strachu o poniedziałek w szkole, nie rozpamiętywać tego co kto powiedział , co miał na myśli i czego nie chciał powiedzieć do końca.

Ranem, zamknięty w pustym budynku , krążyłem po pokoju, korytarzach, sali telewizyjnej ciesząc się każdą sekundą kiedy mogłem chłonąć życie pełne nudy i mojego własnego jestestwa. Byłem tam sobą, sobą sprzed lat dwudziestu, właśnie tam wracałem do siebie takiego jakim byłem mając lat siedem i dwadzieścia - wypełniającego własną przestrzeń samym sobą, zamkniętego w paradoksalnie całkiem otwartej przestrzeni mojego własnego, nieliniowo postrzeganego czasu. Zasłuchany w śpiew poranny ptaków wśród drzew wokół "Sasanki" , mrużyłem oczy w promieniach szczawieńskiego słońca wpadającego do pokoju przez cztery wysokie okna w naszym- moim i współlokatorów- pokoju. Pokój był na pierwszym piętrze, narożny, okna - z trzech stron ograniczały przestrzeń malowniczej "wieżyczki" w której umieszczono dwa łóżka z których jedno okupował Mariuszesku. W sobotę przesiadywałem to na tym , to na innym łóżku obserwując sobotni świat pod Chełmcem za oknami.

Zapach markowych wód toaletowych na toaletce w naszym pokoju. Obrazek dość impresjonistyczny, trochę wyblakły a jednak ładny przedstawiający Pijalnię Wód , namalowany chyba w latach sześćdziesiątych - przyznaję, chciałem go zabrać ze sobą na pamiątkę, gdy mnie z tego miejsca wyrzucano , w końcu o nim - zapomniałem.

Łazienka na najwyższym piętrze miała jedną miłą - dla mnie tylko - właściwość. Kucając w wannie, mogłem w małym okienku , naprawdę małym, obserwować maluteńki skrawek nieba i coś jakby mgłą odległą spowite góry.

Widok był zupełnie niepozorny , wręcz - żaden, a jednak zawsze robił na mnie wrażenie bowiem to co mogłem tam zobaczyć w tym malutkim kwadraciku szkła - to było wspomnienie mojej i Miśka, oraz Pałkera wyprawy urodzinowej na Borową.

Przez to małe okieneczko widać było skraweczek zaiste niewyraźniejący odległej Borowej - góry na którą radośni i chudzi wpełzliśmy 31 marca 1993 roku , wcześniej urywając się z zajęć u Shibuji- nudnych zresztą i mało adekwatnych do czegokolwiek na tym świecie.

Czy można zapomnieć tamto Wejście? W śniegu po pas - mokrym a im wyżej wspinaliśmy się- zamarzającym na przemoczonych spodniach i kurtkach. Droga do góry naznaczona była potem, upadkami i piciem wody z roztapianego w dłoniach śniegu. Zaledwie - wycieczka- na Borową - a dramatyzm opisów jak z wejścia na Lhotse.

Już na szczycie wyciągnęliśmy z plecaków, radzieckie jeszcze, wina musujące - zresztą, a co tam , do cholery z nazwami, tak - wyciągnęliśmy szampany i zmęczeni niebotycznie, odwodnieni i już samym tlenem pijani doładowaliśmy się tym roztworem siarczanów, bąbelków i cukru.


Free Image Hosting at www.ImageShack.us

To że zeszliśmy należy do sfery Nieznanego lub po prostu cholernie dla nas korzystnego zbiegu jakichś tam okoliczności. Zeszliśmy wzbudzając dość spore zainteresowanie przechodniów na Placu Grunwaldzkim - parowaliśmy bowiem całymi powierzchniami naszych ciał, przemoczone ubrania spowite były w kłęby ciepłej mgły naszego szczęścia i resztek szampańskiej wilgoci.

Przez to okienko w łazience pod dachem internatu na Kolejowej 27 , przez rok jeszcze miałem widzieć kilka drzew i zarys obły i niepozorny góry i - do czego zmierzałem pisząc wszystko co powyżej - zawsze miałem dziwne przeczucie , że ona - ta góra, ta - Borowa, od czasu tamtego na jej szczycie pijaństwa na trzy gardła i butelkę wina sowieckiej apelacji, że ta odległa o kilkanaście kilometrów wyniosłość też mnie dostrzega , widzi mnie w malutkim okienku pod ledwie majaczącym na horyzoncie sasankowym dachem.

Jadąc z Trzebnicy do Wrocławia , na skłonie Wału Trzebnickiego chylącego się ku Nizinie Śląskiej, w pogodny dzień można nacieszyć oko nie tylko monumentalną panoramą Wrocławia z kulminującą nad nim Ślężą, ale też, jeśli spojrzeć bardziej na prawo, na zachód od Sobótki dumnej, dostrzec można całkiem wyraźnie, niby-wulkaniczną obłość Chełmca, trójednię Trójgarba i wreszcie - mglistą i niepewną szarość Borowej.

Ale choć dwóch pierwszych gór tożsamości zawsze byłem pewien - Borową być może tylko łza co na jej wspomnienie i od wypatrywania jej, się w oku zakręciła - sercu bardziej podpowiadała?

Dziś , z miejsca w którym mieszkam na pewno jej nie zobaczę, stąd to wspomnienie - o oknie w łazience, górze przez nie widzianej i sowietskom igristom wypitym dla uczczenia urodzin na jej szczycie...

środa, listopada 01, 2006

Bieg

Bieg ze Szczawna Zdroju do Strugi i z powrotem stał się wręcz rytuałem od kiedy zamieszkałem juz pod koniec mojej wałbrzyskiej przygody w "Sasance" przy Kolejowej 27. Trucht zaczynał się na pętli 14-stki, tuż obok sklepu. później pod wiaduktem i w prawo- trasa wiodła od razu ostro pod górkę i już na początku miało się dość, w miarę pokonywanych metrów droga stawała się mniej stroma aby tuż przed pomnikem Ułanów Nadwiślańskich , którzy to za Napolijona tu zaznaczyli swą obecność, zupełnie stać się płaską. Na tym płaskim odcinku - w najwyższym punkcie pętli biegu- zdyszany pierwszym wysiłkiem nagradzany byłem co wieczór wspaniałym widokiem - na prawo od drogi- szykującego się do snu , rozświetlonego tysiącami światełek monstrualnego osiedla "Podzamcze", na wprost zaś panoramą wyłaniającego się coraz bardziej grzbietu Trójgarbu, tudzież malowniczej, spowitej mgłami i dymem snujacymi się w chłodniejącym powietrzu doliny Strugi.
Czerwona gleba okolicznych pól w zapadającym zmierzchu wciąż wyraźnie jeszcze malowniczo komponowała się z czerniejącą złotą poświatą zachodzącego Słońca tuż na wprost biegnącego.
Nagły spadek drogi w dół i ponad kilometrowy rozluźniający bieg to nagroda po wcześniejszym podejściu i przedsmak póżniejszego biegu dnem doliny i następującego po nim żmudnego dźwignięcia się skłonem ku Szczawnu na powrót.
Każdy haust powietrza w płuca przywoływał uśmiech, szczęscie i przyjemność życia w takim biegu , właśnie na tej trasie po dziś dzień pozostają jedenym z najmilszych wspomnień w moim życiu.
Biegi samotne i te z innymi - z Niesymetrycznym - Arturem , który to człowiek pierwszy wyciągnął mnie na tą trasę, i jeszcze jednym gościem , którego niestety imienia nie pomnę - wytrawnym biegaczem tak nadającym tempo całego biegu, że zziajany i przerażony wykręciłem wówczas swój najlepszy tam czas- zdumiewające zdaje się 22 minuty.
Bieg z Pawłem - marudzącym i przystającym co rusz. Bieg z Herrami, Hasbongami - Białym i Czarnym - moimi germanistycznymi room-mates .
Biegi w nocy i nad ranem. I nawet bieg na kacu- kiedy to badałem możliwość leczenia tej przykrej dolegliwości za pomocą intensywnego wysiłku fizycznego, co warto zaznaczyć - z mizernym rezultatem.
Tryumfalne powroty pod sklepik na pętli autobusowej i przypieczętowanie kolejnego cudownego dnia pod Chełmcem.
Niezrealizowany zakład z chłopakami z 1-szego liceum o to kto szybciej przebiegne dystans pętelki do Strugi...
Zapach wiosny z pól ponad Strugą. Stara linia kolejowa z Podzamcza ku zboczom Chełmca.
24 lata na karku i stare beznadziejne "cichobiegi". Tyle szczęścia.
I herbata pita po biegu i bajera z Piotrkiem i Mariuszem w pokoju.