Na najwyższym piętrze internatu "Sasanka" przy Kolejowej 27 w Szczawnie - jest łazienka. Pomieszczenie nadzwyczaj ascetycznie urządzone, zimne jak diabli o każdej porze roku, nieprzytulne i zupełnie nieestetyczne.
Często zostawałem w "Sasance" na sobotę i niedzielę - chciałem w ciszy powrócić do siebie, do swoich myśli, uciec od tęsknot za domem rodzinnym, strachu o poniedziałek w szkole, nie rozpamiętywać tego co kto powiedział , co miał na myśli i czego nie chciał powiedzieć do końca.
Ranem, zamknięty w pustym budynku , krążyłem po pokoju, korytarzach, sali telewizyjnej ciesząc się każdą sekundą kiedy mogłem chłonąć życie pełne nudy i mojego własnego jestestwa. Byłem tam sobą, sobą sprzed lat dwudziestu, właśnie tam wracałem do siebie takiego jakim byłem mając lat siedem i dwadzieścia - wypełniającego własną przestrzeń samym sobą, zamkniętego w paradoksalnie całkiem otwartej przestrzeni mojego własnego, nieliniowo postrzeganego czasu. Zasłuchany w śpiew poranny ptaków wśród drzew wokół "Sasanki" , mrużyłem oczy w promieniach szczawieńskiego słońca wpadającego do pokoju przez cztery wysokie okna w naszym- moim i współlokatorów- pokoju. Pokój był na pierwszym piętrze, narożny, okna - z trzech stron ograniczały przestrzeń malowniczej "wieżyczki" w której umieszczono dwa łóżka z których jedno okupował Mariuszesku. W sobotę przesiadywałem to na tym , to na innym łóżku obserwując sobotni świat pod Chełmcem za oknami.
Zapach markowych wód toaletowych na toaletce w naszym pokoju. Obrazek dość impresjonistyczny, trochę wyblakły a jednak ładny przedstawiający Pijalnię Wód , namalowany chyba w latach sześćdziesiątych - przyznaję, chciałem go zabrać ze sobą na pamiątkę, gdy mnie z tego miejsca wyrzucano , w końcu o nim - zapomniałem.
Łazienka na najwyższym piętrze miała jedną miłą - dla mnie tylko - właściwość. Kucając w wannie, mogłem w małym okienku , naprawdę małym, obserwować maluteńki skrawek nieba i coś jakby mgłą odległą spowite góry.
Widok był zupełnie niepozorny , wręcz - żaden, a jednak zawsze robił na mnie wrażenie bowiem to co mogłem tam zobaczyć w tym malutkim kwadraciku szkła - to było wspomnienie mojej i Miśka, oraz Pałkera wyprawy urodzinowej na Borową.
Przez to małe okieneczko widać było skraweczek zaiste niewyraźniejący odległej Borowej - góry na którą radośni i chudzi wpełzliśmy 31 marca 1993 roku , wcześniej urywając się z zajęć u Shibuji- nudnych zresztą i mało adekwatnych do czegokolwiek na tym świecie.
Czy można zapomnieć tamto Wejście? W śniegu po pas - mokrym a im wyżej wspinaliśmy się- zamarzającym na przemoczonych spodniach i kurtkach. Droga do góry naznaczona była potem, upadkami i piciem wody z roztapianego w dłoniach śniegu. Zaledwie - wycieczka- na Borową - a dramatyzm opisów jak z wejścia na Lhotse.
Już na szczycie wyciągnęliśmy z plecaków, radzieckie jeszcze, wina musujące - zresztą, a co tam , do cholery z nazwami, tak - wyciągnęliśmy szampany i zmęczeni niebotycznie, odwodnieni i już samym tlenem pijani doładowaliśmy się tym roztworem siarczanów, bąbelków i cukru.
To że zeszliśmy należy do sfery Nieznanego lub po prostu cholernie dla nas korzystnego zbiegu jakichś tam okoliczności. Zeszliśmy wzbudzając dość spore zainteresowanie przechodniów na Placu Grunwaldzkim - parowaliśmy bowiem całymi powierzchniami naszych ciał, przemoczone ubrania spowite były w kłęby ciepłej mgły naszego szczęścia i resztek szampańskiej wilgoci.
Przez to okienko w łazience pod dachem internatu na Kolejowej 27 , przez rok jeszcze miałem widzieć kilka drzew i zarys obły i niepozorny góry i - do czego zmierzałem pisząc wszystko co powyżej - zawsze miałem dziwne przeczucie , że ona - ta góra, ta - Borowa, od czasu tamtego na jej szczycie pijaństwa na trzy gardła i butelkę wina sowieckiej apelacji, że ta odległa o kilkanaście kilometrów wyniosłość też mnie dostrzega , widzi mnie w malutkim okienku pod ledwie majaczącym na horyzoncie sasankowym dachem.
Jadąc z Trzebnicy do Wrocławia , na skłonie Wału Trzebnickiego chylącego się ku Nizinie Śląskiej, w pogodny dzień można nacieszyć oko nie tylko monumentalną panoramą Wrocławia z kulminującą nad nim Ślężą, ale też, jeśli spojrzeć bardziej na prawo, na zachód od Sobótki dumnej, dostrzec można całkiem wyraźnie, niby-wulkaniczną obłość Chełmca, trójednię Trójgarba i wreszcie - mglistą i niepewną szarość Borowej.
Ale choć dwóch pierwszych gór tożsamości zawsze byłem pewien - Borową być może tylko łza co na jej wspomnienie i od wypatrywania jej, się w oku zakręciła - sercu bardziej podpowiadała?
Dziś , z miejsca w którym mieszkam na pewno jej nie zobaczę, stąd to wspomnienie - o oknie w łazience, górze przez nie widzianej i sowietskom igristom wypitym dla uczczenia urodzin na jej szczycie...