czwartek, kwietnia 24, 2008

Przenośne źródło dźwięku cyfrowego



Był rok 1995. Udałem się w podróż do kraju pachnącego żywicą i syropem klonowym. W Toronto nabyłem drogą kupna przenośny odtwarzacz CD (dlaczego nie odtwarzacz mp3 ? – bo przecież nie było wtedy jeszcze czegoś takiego). Zakupiłem ten odtwarzacz w sklepiku chińskiego sprzedawcy sprzętu RTV za sumę chyba 200 dolarów. Przemiły sprzedawca zaprezentował mi możliwości odtwarzacza szczególną uwagę przywiązując do systemu antywstrząsowego. W tym celu wziął odtwarzacz w rękę i zaczął nim machać uśmiechając się i mówiąc, że super super. Co prawda zauważyłem, że to machanie jest jakieś takie anemiczne i domyśliłem się, że ten super antywstrząsowy system nie jest aż taki super, ale zakupiłem odtwarzacz gdyż mi się podobał. Po powrocie do Polski stał się on nieodłączną częścią mojego wystroju wyjściowego i miałem go ze sobą zawsze i wszędzie trzymając go w kieszeni czy to kurtek letnich czy to zimowych.
Od momentu nabycia odtwarzacza CD wspomniane wcześniej pojęcie płyty kompaktowej nabrało zupełnie innego znaczenia i z czegoś bardzo odległego stało się czymś czego używa się na co dzień. Oczywiście zakup płyty CD nie wchodził w grę głównie z powodów finansowych, ale wchodziło w grę wypożyczanie płyt w Skorpionie więc świat cyfrowej muzyki stanął przede mną i przed Tubularkiem (który często wypożyczał ode mnie odtwarzacz by odtwarzać na nim wypożyczone płyty) otworem. Nie pamiętam dokładnie, ale chyba Tubularek posiadał w swym domu rodzinnym jakiś sprzęt CD natomiast w Wałbrzychu królował ten mój czarny sidiplejer, na którym słuchaliśmy płyt Clan of Xymox, Erasure, Heaven 17, Depeche Mode, Mike’a Oldfielda, Camouflage czy Portishead. Pamiętam jeden wieczór kiedy mając w uchu po jednej słuchawce skakaliśmy radośnie ze Szczawna w stronę akademika słuchając Colourbox. Pamiętam, również jak słuchaliśmy wypożyczonej od Skorpiona nowej płyty Cocteau Twins „Milk & Kisses” pijąc wódkę Bols. O tych wydarzeniach pisałem już wcześniej, ale przywołuję je na okoliczność wspomnienia odtwarzacza.
Często wypożyczałem u Skorpiona 2 lub 3 płyty na weekend i słuchałem ich jadąc pociągiem do domu. Słuchanie płyt CD „w drodze” było wrażeniem wspaniałym i niesamowitym. Pewnego razu Tubularek w jakimś celu wybrał się do Poznania wraz z odtwarzaczem i po powrocie opowiadał rozemocjonowany jak czuł się jak w wideoklipie Duran Duran kiedy tak szedł ulicami Poznania słuchając płyty „Rio”.
Pewnego dnia Tubularek dał mi płytę CD z grą na komputer, ale dodatkowo można było ścieżkę dźwiękową z tej gry odtwarzać na normalnym odtwarzaczu. Cóż to było za wrażenie: płyta z grą, której można było posłuchać jako audio.
Przypominam też sobie pewne słoneczne, letnie popołudnie kiedy siedziałem na dworcu w Kłodzku czekając na pociąg i słuchając płyty z „Machiny”, na której były utwory wytwórni Ninja Tunes. Popołudnie snuło się leniwie w rytm kawałków z tej płyty. Banalnie, ale tak było.
Płyt CD, które wtedy kupiłem i miałem na własność, było niewiele: Cocteau Twins „Head over Heels”, Mike Oldfield „Songs of Distant Earth”…i właściwie tyle.
Kilka lat później odtwarzacz zaczął mieć problemy z odtwarzaniem płyt i myślałem, że się zepsuł. Piosenki przeskakiwały i trudno było ich słuchać. Po kilku miesiącach złego działania znalazłem wytłumaczenie tego co się z nim dzieje. Do powszechnego obiegu weszły płyty CD-R nagrywane na komputerze, a odtwarzacz kupiłem kiedy jeszcze nie było na rynku sprzętu z możliwością odtwarzania płyt CD-R tak więc miał z nimi problem.
Wspominam mój odtwarzacz CD, dlatego, że wiąże on się z moim bytowaniem w Wałbrzychu. Wiąże się on również z bytowaniem w Wałbrzychu Tubularka, ale on sam pewnie zareaguje na ten wpis swoim własnym i swoimi własnymi wrażeniami.
Czarny odtwarzacz CD, który tak wiele przeszedł i tak wielu płyt przesłuchał wciąż leży u mnie na półce z płytami i nawet używałem go kilka miesięcy temu.