Przez jakiś bardzo niedługi czas pracowałem w Radiu Wałbrzych. Może to za dużo powiedziane, że pracowałem bo w końcu nie zdecydowałem się na podpisanie umowy i wybrałem eksplorowanie kanadyjskich sklepów muzycznych i pubów.
Był rok 1995. Moja koleżanka pracowała wtedy w Radiu Wałbrzych jako prezenterka newsów więc poleciła mnie komuś tam i przyszedłem. Test wypadł raczej fatalnie, ale w końcu zostałem przyjęty na coś w rodzaju okresu próbnego. Przychodziłem do radia i prowadziłem programy. Czasem były to programy popołudniowe, czasem poranne, a czasem prowadziłem programy również w nocy.
Było to coś wspaniałego gdyż mogłem puszczać ulubioną muzykę i produkować się do mikrofonu. Po krótkim przeszkoleniu załapałem w końcu jak gadać do mikrofonu, zmieniać jednocześnie płytę, a w międzyczasie nastawiać na komputerze kolejny blok reklamowy. Było świetnie.
Kiedyś prowadziliśmy z innym prezenterem program popołudniowy i na tapetę jako temat programu wzięliśmy jakieś zatrzymanie przez policję uczniów z jednej ze szkół czy coś takiego. W każdym razie z udziałem policji. Gadamy, gadamy, puszczamy muzykę i nagle dzwoni telefon. Ktoś chce rozmawiać ze mną. Biorę słuchawkę i ktoś mówi, że dzwoni z Prokuratury i, że jestem wezwany na przesłuchanie. Dość mocno spanikowałem o po odłożeniu słuchawki nie mogłem dojść do siebie. Na szczęście za kilka minut telefon zadzwonił znowu i okazało się, że to kolega robi mi kawał. Ale co się zestrachałem do moje.
Świetne było prowadzenie programu od północy do szóstej rano. W studiu i w całym radiu cisza, leci sobie muzyka, którą lubię, po włączeniu płytki mogłem wyskoczyć na szybkiego papierosa na korytarz.
Pamiętam to uczucie, że wydaje mi się, że słuchają mnie tysiące ludzi, a jednocześnie zdaję sobie doskonale sprawę z tego, że być może jedynym słuchaczem mojego wiekopomnego programu jest niewyspany górnik, który właśnie je śniadanie przed wyjściem na szychtę.
Był taki tydzień kiedy przez 2 dni musiałem chodzić do pracy na 7.15, później były zajęcia na kolegium, od popołudnia do późnego wieczora zajęcia w grupach rozrywkowych czyli siedzenie w Paradajsie, przed północą jakaś godzina snu, a już o wpół do dwunastej w nocy siedziałem w autobusie zmierzającym do radia. Rano o szóstej koniec dyżury i na 7.15 znowu do pracy. Z tego co pamiętam to wytrzymałem tak tydzień, ale zupełnie nie wiem jak.
piątek, września 28, 2007
wtorek, września 25, 2007
Teatralna - Mon Amour Amour
Teatralna to nie była zwykła knajpa. To było kilkadziesiąt metrów kwadratowych, na których spędzało się czas. Tam się piło, jadło, poznawało ludzi, rozmawiało o głupstwach i rzeczach ważnych, siedziało do nocy. Teatralna była kolejnym niezwykle ważnym miejscem w Wałbrzychu, bez którego nie byłoby ani Wałbrzycha ani wielu ważnych wydarzeń. Niekoniecznie kulturalnych.
Nie pamiętam kiedy poznałem Teatralną po raz pierwszy, ale właściwie od razu okazała się miejscem gdzie chce się spędzać wieczory i chce się tracić swój cenny czas i niewielkie pieniądze.
Kojarzy mi się na przykład z tym, że kiedyś wydałem tam w poniedziałek wszystkie pieniądze jakie miałem na cały tydzień na wyżywienie. Pamiętam tę chwilę gdzieś tak pod koniec zabawy w środku nocy kiedy uświadomiłem sobie, że przez resztę tygodnia będę musiał korzystać z zasobów gastronomicznych Newmana lub Benka, z którymi dzieliłem pokój w internacie na Ogrodowej. A niestety Newman nie miał zbyt bogatej lodówki, a Benek z kolei preferował wegetarianizm co wiązało się z tym, że jedynym pożywieniem jakie można mu było podebrać była zielona sałata i masło.
W Teatralnej zostałem pewnego razu poddany degustacji „drinka” o nazwie U-Boot, którego działanie jest dokładnie takie jak nazwa. Siedziałem sącząc piwo. W pewnym momencie nieoceniony kompan Mula zamówiwszy kilka małych kieliszków wódki jeden z nich sprawnym i zdecydowanym ruchem wrzucił do mojej szklanki w piwem wołając „U-Boot”. Spodziewałem się, że w wyniku wzbogacenia piwa czystą wódką nie powstanie bynajmniej lekki hawajski drinki, ale dalej powoli sączyłem piwo. Przybrało dość słodki smak i cały napój szybko wprowadził mnie w nastrój mocno zabawowy.
Pamiętam dokładnie smak serwowanych tam pierogów ruskich. W karcie był również bigos zwany przez nas „bidżisem”.
W Teatralnej siedziało się zwykle do nocy gadając i obserwując wychodzących po spektaklu aktorów i aktorki.
Twarze jakie kojarzą mi się najbardziej z tym miejscem to: Mula, Misiek i Lechu.
Kiedyś nawet zagrałem na deskach teatru. Brałem udział w przedstawieniu zorganizowanym i reżyserowanym przez naszego litewskiego Amerykanina z kolegium: Richarda. Po przesłuchaniach wstępnych okazało się, że dostałem rolę protagonisty czyli najważniejszego bohatera w sztuce. Muszę jednak uczciwie wyjaśnić, że rola protagonisty w tym przedstawieniu Becketta ograniczała się do stania na krześle przez cały czas i podniesieniu głowy na koniec.
Nie pamiętam czy przedstawienie spotkało się jakimkolwiek zainteresowaniem ani czy oglądało je 8 czy 100 osób. Ale mogę powiedzieć, że w wałbrzyskim teatrze nie tylko konsumowałem, ale i też grałem.
Nie pamiętam kiedy poznałem Teatralną po raz pierwszy, ale właściwie od razu okazała się miejscem gdzie chce się spędzać wieczory i chce się tracić swój cenny czas i niewielkie pieniądze.
Kojarzy mi się na przykład z tym, że kiedyś wydałem tam w poniedziałek wszystkie pieniądze jakie miałem na cały tydzień na wyżywienie. Pamiętam tę chwilę gdzieś tak pod koniec zabawy w środku nocy kiedy uświadomiłem sobie, że przez resztę tygodnia będę musiał korzystać z zasobów gastronomicznych Newmana lub Benka, z którymi dzieliłem pokój w internacie na Ogrodowej. A niestety Newman nie miał zbyt bogatej lodówki, a Benek z kolei preferował wegetarianizm co wiązało się z tym, że jedynym pożywieniem jakie można mu było podebrać była zielona sałata i masło.
W Teatralnej zostałem pewnego razu poddany degustacji „drinka” o nazwie U-Boot, którego działanie jest dokładnie takie jak nazwa. Siedziałem sącząc piwo. W pewnym momencie nieoceniony kompan Mula zamówiwszy kilka małych kieliszków wódki jeden z nich sprawnym i zdecydowanym ruchem wrzucił do mojej szklanki w piwem wołając „U-Boot”. Spodziewałem się, że w wyniku wzbogacenia piwa czystą wódką nie powstanie bynajmniej lekki hawajski drinki, ale dalej powoli sączyłem piwo. Przybrało dość słodki smak i cały napój szybko wprowadził mnie w nastrój mocno zabawowy.
Pamiętam dokładnie smak serwowanych tam pierogów ruskich. W karcie był również bigos zwany przez nas „bidżisem”.
W Teatralnej siedziało się zwykle do nocy gadając i obserwując wychodzących po spektaklu aktorów i aktorki.
Twarze jakie kojarzą mi się najbardziej z tym miejscem to: Mula, Misiek i Lechu.
Kiedyś nawet zagrałem na deskach teatru. Brałem udział w przedstawieniu zorganizowanym i reżyserowanym przez naszego litewskiego Amerykanina z kolegium: Richarda. Po przesłuchaniach wstępnych okazało się, że dostałem rolę protagonisty czyli najważniejszego bohatera w sztuce. Muszę jednak uczciwie wyjaśnić, że rola protagonisty w tym przedstawieniu Becketta ograniczała się do stania na krześle przez cały czas i podniesieniu głowy na koniec.
Nie pamiętam czy przedstawienie spotkało się jakimkolwiek zainteresowaniem ani czy oglądało je 8 czy 100 osób. Ale mogę powiedzieć, że w wałbrzyskim teatrze nie tylko konsumowałem, ale i też grałem.
Subskrybuj:
Komentarze (Atom)