To była kolejna stancja, kolejne przenosiny z wielką torbą pełną mojego życiowego cotygodniowego dobytku. No i kolejna zima.
Zawitałem tam dzięki jakimś znajomym Leszka, którzy za 50 zł miesięcznie oddali mi we władanie kawalerkę, w której był pokój, tzw. aneks kuchenny oraz łazienka.
Była zima chyba 1994 lub 1995 a ja wylądowałem ze spaniem i szczoteczką do zębów niemal za Wałbrzychem w miejscu tyleż egzotycznym co niesamowitym.
W kawalerce zwanej stancją tudzież mieszkaniem znalazłem kolejną wałbrzyską przystań zimą. Nie byłoby to może żadną rewelacją gdyby nie fakt, że nie była ona ogrzewana w żaden sposób. Znajdował się tam piec i z tego co pamiętam nawet raz zostało w nim napalone, ale był to jeden raz i na tym ogrzewanie mieszkania zakończyło się. Nie da się ukryc, że w RusiNovej stancji było zimno. Można nawet pokusic się o stwierdzenie, że było tam bardzo zimno. Powiedzmy szczerze - było tam cholernie zimno. Na ścianie wisiał termometr, który pokazywał temperaturę 17 stopni w skali tego gościa na C i dzięki temu termometrowi czułem się lepiej gdyż pokazywał on tę temperaturę zawsze i niezmiennie oszukując rezcywistośc, która pewnikiem oscylowała wokół jakichś 15 stopni.
W tym przytulnym miejscu spędziłem zimę i muszę przyznac, że nie było to przeżycie straszne czy też mroczne gdyż de facto mieszkałem tam w porywach 6 godzin na dobę resztę czasu spędzając na niebyciu tam lub przyjeżdzaniu na miejsce i po krótkim śnie wyjeżdzaniu stamtąd.
Najkrótsza moja dobowa bytnośc w mieszkaniu na RusiNovej trwała 3 godziny. Przyjechałem o 3 w nocy, zwyczajowo ubrałem się w piżamę, skarpetki, sweter, rękawiczki i poszedłem spac. Po 3 godzinach treściwego snu zdjąłem z siebie strój morsa i ubrawszy się w kurtkę udałem się w autobusową podróż do pracy.
Na stancji odbywały się całkiem miłe spotkania towarzyskie, w których uczestniczyła cała nasza grupa. Niekiedy jedliśmy zupę z torebek i przesiadywaliśmy na zimnym piecu, a niekiedy popijaliśmy wino i również przesiadywaliśmy na piecu. Miejsc do siedzenia nie było tam dużo i oprócz łóżka i pieca była tam również podłoga oraz stary czarno-biały telewizor, który również służył za taboret.
Nie pamiętam, żebym cokolwiek tam gotował, ale pamiętam, że korzystanie z łazienki nie było przeżyciem z gatunku tych, za które człowiek dałby się pokroic gdyż zwykle 15 stopni w mieszkaniu nie idzie zbyt fajnie w parze z wodą o temperaturze wrzątku.
Stancja na RusiNovej kojarzy mi się również z nocnym przejściem z przystanku na miejsce, które to przejście zahaczało o jakieś chaszcze i pustostany. Ścieżką dźwiękową tamtego czasu była płyta Nirvany "MTV Unplugged" i to znacznie ociepla całe wspomnienie kiedy to znużony całym dniem wracałem z przystanku do stancji słuchając jak Kurt Cobain śpiewa "My girl, my girl don't lie to me/Tell me where did You sleep last night".
Nie kojarzę już teraz czy Tubularek nawiedził kiedykolwiek to miejsce, ale kojarzę za to dośc wyraźnie, że pewnego razu mój zimowy, nieskrępowany niczym mir eskimoskiego samotnika został zagrożony możliwością samoistnego, szybkiego i niespodziewanego dokwaterowania kogoś jeszcze co spotkało się ze stanowczym sprzeciwem i ostatecznie obroną tego miejsca oraz odetchnięciem z ulgą. Symbolem zmiany stał się zupełnie nowy kosz na śmieci z pokrywką oraz plastikowym kompletem zmiotkowo-szufelkowym. Cały ten zestaw wylądował w większym koszu na podwórku szybciej niż się pojawił w moim kosmosie.
I wszystko wróciło do normy. RusiNova została uratowana. I przyjemne, radosne bytowanie toczylo sie dalej.
poniedziałek, grudnia 29, 2008
Subskrybuj:
Komentarze (Atom)