poniedziałek, grudnia 29, 2008
RusiNova - za górami za lasami
Zawitałem tam dzięki jakimś znajomym Leszka, którzy za 50 zł miesięcznie oddali mi we władanie kawalerkę, w której był pokój, tzw. aneks kuchenny oraz łazienka.
Była zima chyba 1994 lub 1995 a ja wylądowałem ze spaniem i szczoteczką do zębów niemal za Wałbrzychem w miejscu tyleż egzotycznym co niesamowitym.
W kawalerce zwanej stancją tudzież mieszkaniem znalazłem kolejną wałbrzyską przystań zimą. Nie byłoby to może żadną rewelacją gdyby nie fakt, że nie była ona ogrzewana w żaden sposób. Znajdował się tam piec i z tego co pamiętam nawet raz zostało w nim napalone, ale był to jeden raz i na tym ogrzewanie mieszkania zakończyło się. Nie da się ukryc, że w RusiNovej stancji było zimno. Można nawet pokusic się o stwierdzenie, że było tam bardzo zimno. Powiedzmy szczerze - było tam cholernie zimno. Na ścianie wisiał termometr, który pokazywał temperaturę 17 stopni w skali tego gościa na C i dzięki temu termometrowi czułem się lepiej gdyż pokazywał on tę temperaturę zawsze i niezmiennie oszukując rezcywistośc, która pewnikiem oscylowała wokół jakichś 15 stopni.
W tym przytulnym miejscu spędziłem zimę i muszę przyznac, że nie było to przeżycie straszne czy też mroczne gdyż de facto mieszkałem tam w porywach 6 godzin na dobę resztę czasu spędzając na niebyciu tam lub przyjeżdzaniu na miejsce i po krótkim śnie wyjeżdzaniu stamtąd.
Najkrótsza moja dobowa bytnośc w mieszkaniu na RusiNovej trwała 3 godziny. Przyjechałem o 3 w nocy, zwyczajowo ubrałem się w piżamę, skarpetki, sweter, rękawiczki i poszedłem spac. Po 3 godzinach treściwego snu zdjąłem z siebie strój morsa i ubrawszy się w kurtkę udałem się w autobusową podróż do pracy.
Na stancji odbywały się całkiem miłe spotkania towarzyskie, w których uczestniczyła cała nasza grupa. Niekiedy jedliśmy zupę z torebek i przesiadywaliśmy na zimnym piecu, a niekiedy popijaliśmy wino i również przesiadywaliśmy na piecu. Miejsc do siedzenia nie było tam dużo i oprócz łóżka i pieca była tam również podłoga oraz stary czarno-biały telewizor, który również służył za taboret.
Nie pamiętam, żebym cokolwiek tam gotował, ale pamiętam, że korzystanie z łazienki nie było przeżyciem z gatunku tych, za które człowiek dałby się pokroic gdyż zwykle 15 stopni w mieszkaniu nie idzie zbyt fajnie w parze z wodą o temperaturze wrzątku.
Stancja na RusiNovej kojarzy mi się również z nocnym przejściem z przystanku na miejsce, które to przejście zahaczało o jakieś chaszcze i pustostany. Ścieżką dźwiękową tamtego czasu była płyta Nirvany "MTV Unplugged" i to znacznie ociepla całe wspomnienie kiedy to znużony całym dniem wracałem z przystanku do stancji słuchając jak Kurt Cobain śpiewa "My girl, my girl don't lie to me/Tell me where did You sleep last night".
Nie kojarzę już teraz czy Tubularek nawiedził kiedykolwiek to miejsce, ale kojarzę za to dośc wyraźnie, że pewnego razu mój zimowy, nieskrępowany niczym mir eskimoskiego samotnika został zagrożony możliwością samoistnego, szybkiego i niespodziewanego dokwaterowania kogoś jeszcze co spotkało się ze stanowczym sprzeciwem i ostatecznie obroną tego miejsca oraz odetchnięciem z ulgą. Symbolem zmiany stał się zupełnie nowy kosz na śmieci z pokrywką oraz plastikowym kompletem zmiotkowo-szufelkowym. Cały ten zestaw wylądował w większym koszu na podwórku szybciej niż się pojawił w moim kosmosie.
I wszystko wróciło do normy. RusiNova została uratowana. I przyjemne, radosne bytowanie toczylo sie dalej.
niedziela, sierpnia 17, 2008
"Ella Megalast Burls Forever"
I wpadłem po uszy w te dźwięki - hity w rodzaju "Carolyn's Fingers " i "Iceblink Luch" oczywiście zachwyciły od razu a najbardziej do Szczawna z wtedy jako swoista ścieżka dźwiękowa mojego własnego filmu do dziś dnia pasuje cudowny "Ella Megalast Burls Forever" - i bardziej całe "Blue Bell Knoll" niż "Heaven or Las Vegas".
O pocałunkach i mleku i przenikającej moje późniejsze życie w Szczawnie muzyce z "Four Calendar Cafe" i szczególnie "Milk and Kisses" już wspominałem wcześniej w jednym z postów - wystarczy powiedzieć że "Seekers Who Are Lovers" i "Treasure Hiding" są dla mnie jak Pijalnia Wód i Wieża Anna - nierozerwalnie związne ze wspomnieniem Szczawna...
Ella Megalast Burls Forever. For Ever...
środa, lipca 02, 2008
Butelka znaleziona w szafie
Mając się uczyć a nie ucząc się spędziliśmy część wieczoru w knajpie zwanej Ósemką a mieszczącej się w podziemiach bystrzyckiego ratusza. Kolejną częśc wieczoru spędziliśmy już na miejscu w domu spożywając markowe Vino Sante wspomniane przez Tubularka.
Butelka po tym winie przeleżała w szafie 13 lat. Została nienaruszona. Taka sama jak wtedy gdy mieliśmy po dwadzieścia kilka lat i śmialiśmy się inaczej niż teraz. Z tymi samymi napisami wszystkich uczestników tej wyprawy. Było lato, wieczór był ciepły. Później poszliśmy spać by rano udać się w podróż do Wałbrzycha. Anita spała w moim pokoju, a my we trzech w dużym pokoju z balkonem, z którego rano Tubularek oglądał widok na park i basen. Ale zanim Tubularek zachwycił się wspaniałym balkonowym widokiem z kwatery głównej to była 6 rano i spaliśmy wszyscy snem ludzi przygotowujących się do wyjazdu do Wałbrzycha na egzamin.
I wtedy przyszedł zdun. Zadzwonił do drzwi jak to zdun czy jak to każdy kto przychodzi do czyjegoś domu w jakiejś sprawie. Otworzyłem drzwi i ujrzałem krzepkiego człowieka (pewnie z wąsem), który zakomunikował mi krótko i po żołniersku "Zdun jestem" i minąwszy mnie w drzwiach udał się w kierunku pokoju, w którym spaliśmy we trzech niczym trzej młodzi muszkieterowie. Na drodze zduna do pieca rozłożona była tzw. amerykanka, na której snu zażywał Tubularek. Zdun zręcznym i długim krokiem przeszedł nad nieco wybudzonym jestestwem Tubularka i dopadł do upragnionego pieca. Muszę nadmienić, że nie miałem pojęcia kim jest ten człowiek (no wiem, że był zdunem, ale w pamięci czy świadomości nie mogłem dokopać się do informacji po co zjawił się 6 nad ranem w naszym domu) i dlaczego zaczyna pracę tak wcześnie. Później kiedy już obudziłem się na tyle, żeby świadomość zaczęła mi pracować przypomniałem sobie, że zdun miał przyjść w celu oględzin pieca w celu jego przebudowania. Ale wcześniej kiedy zdun przesadzał wielkim susem spoglądającego na niego z dołu śpiącego Tubularka nie wiedziałem co to za dziwny człowiek nawiedził z rana nasze towarzystwo.
A później Tubularek wyszedł na balkon i zobaczył ten widok.
A później pojechaliśmy do Wałbrzycha. A butelka Vino Sante wraz z zapakowanymi w niej jak dobry dżin wspomnieniami została w szafie na 13 lat.
czwartek, czerwca 26, 2008
Vino Sante w Bystrzycy
U Pawła.
Wchodzimy do Pawła. Przedpokój. Na lewo w głebi pokój w którym będę spał. Prosto- pokój w którym przebywała Pawłowa babcia. Na prawo od niego - pokój Pawła. Łazienka trochę wcześniej w korytarzu. Ale gdzie kuchnia w takim razie. Przebłyski i lepiej utrwalony Pawła pokój w pamięci mojej za sprawą zdjęcia które gdzieś tu wśród moich skarbów przeszłości leży do dziś.
Dlaczego nie wszedłem do pokoju babci? Dlaczego Pawel nie nalegał? Nie pamiętam.
Z nauki nic nie wyszło.
Bystrzyca.
Rynek. Wieże. Jakaś knajpa. Chyba jedno piwo. Nigdzie nie chodziliśmy.
Pawłe dziś mówi że piliśmy wino i na dowód przesyła mi zdjęcie butelki po tymże trunku którą przechował po dzień dzisiejszy. Butelka. Szlacchetny trunek musiała zawierać bo i towarzystwo szlachetne tam się podówczas zebrało do wypitki. Ale ja tego nie pamiętam.
Poranek.
Następnego dnia , jeszcze gdy wszyscy spali wyszedłem o brzasku n balkonik na drugim a lbo może nawet trzecim piętrze. rzeka w kamieniami wyłożonym korycie, dachy domów gęsto poutykanych, senne dymy rzednące w narastającym świetle dnia. Na prawo Snieżnik. Poczułem wielką tęskonte do Tatr które w tamtym okresie rzadko odwiedzałem. pozazdrościłem Pawłowi tego porannego widoku. Tego Śnieżnika.
Wspomnienie tego wyjścia na balkonik okazało się bardzo trwałe. Kilka dni temu Paweł wysłał na moją komórkę zdjęcie po latach z tego samego miejsca i... Jest jak było. Tak jak zapamiętałem.
Była tam jeszcze Anita i Leszek. Anita dziś - żona Pawła, zaś Leszek - pan na Zamku, kasztelan...
Minęło 13 lat.
Została butelka. Pełna wspomnień i czaru tamtych godzin w Bystrzycy.
In Vino Veritas. "Vino Sante" oczywiście ...
piątek, maja 16, 2008
Przenośne Życie czyli Życie W Przenośni
Moje. Przeniosłem sie w ciągu 5 lat w Wałbrzychu z akademika na Lenina do interantu na Internatowej, następnie zuruck (kein zuruck!) na Lenina która zaczęla żyć nowym życiem pod wezwaniem Andersa.
Następnie przeniosłem się do Sasanki w Szczawnie gdzie kilkukrotnie przenośliliśmy sie ze względu na jakieś remonty do Szarotki, skąd przeprowadziłem się do parku w Szczawnie kiedy wylali mnie za krnąbrność i niezależność mysli z Sasanki, poczem udałem się i przeniosłem do Richarda B. na jedną noc który to człek poratował mnie z opresji a przy okazji pieknie grał "Kanon" pachelbelowski na skrzypcach.
Przeniosłem się zaczem na ulicę Krótka do Szczawna a następnie na Klonową. Skąd ostatecznie po roku sie wyniosłem konczac moja Odyseję wałbrzysko-szczawieńską - do Wrocławia.
Pawła. Mieszkając w Szczawnie dostrzegałem, że Pawełek w ciągu dnia wykazywał dużą przenośność - w pokoju nie zostawiał niczego a wszystko co miał czyli atramentowe dżinsy, koszule w kratkę i Hattricka - przenosił ze sobą - a to do radia wałbrzyskiego a to do Gośki , a to w dowolne ine miejsve gdzie akurat jego mobilna dusza zaniosłą jego rosłe ciało.
Na Klonowej mieliśmy zresztą okazję gościć szalenie wtedy przenośnego Piwa - który nafajczony rysował dziwne rozwiązania do zadań matematycznych Olki na drzwiach wejsciowych do mojego pokoju. Piwo- dziś jak sądzę nadal dość przenośny- gości jak 3/4 Polski na naszej-klasie ale wzgardził moim zaproszeniem do grona znajomych- nie wiedzieć czemu- być moze ma innych przyjaciół i guru życiowcyh niż wtedy , być może winne są fale radiowe zaśmiecające przestrzeń nawet w dolinie Rospudy, temu że ludzie zmieniają się w...
Ale wracając do tematu przenośnosci naszych żywotów przyp0minam sobie jeszcze nieustanny ruch i przenoszenie Pawła i jego kompanii wesołej z ulicy Andersa - to tu to tam -w "maluchu" Anity.
Nasze życia były tyleż przenośne i ubogie w materię co nieruchome jeśli zważyć niezmieniającą się dość oplakaną sytuacje szczególnie moją oraz bogate w nadzwyczaj obfite duchowe i emocjonalne doznania.
Nie umiem dziś ocenić czy to było życie, czy życie w jakiejś życia przenośni. Czy przenosząc się i swoje ciała i discmana kanadyjskiego z Johnem Foxxem w kieszeni i sercach- byliśmy bardziej żywi niz jesteśmy dziś-czy żyliśmy w bezruchu czekając na koniec przenośni i początek dosłowności?
Dosłowność nas na pewno wtedy nie charakteryzowała- dość spojrzeć na nasze zdjęcia z tamtego okresu.
Tacy byliśmy w Wałbrzychu. Ja , Paweł i jego discman Panasonic z Kanady.
Przenośni w przenośni.
czwartek, kwietnia 24, 2008
Przenośne źródło dźwięku cyfrowego
Był rok 1995. Udałem się w podróż do kraju pachnącego żywicą i syropem klonowym. W Toronto nabyłem drogą kupna przenośny odtwarzacz CD (dlaczego nie odtwarzacz mp3 ? – bo przecież nie było wtedy jeszcze czegoś takiego). Zakupiłem ten odtwarzacz w sklepiku chińskiego sprzedawcy sprzętu RTV za sumę chyba 200 dolarów. Przemiły sprzedawca zaprezentował mi możliwości odtwarzacza szczególną uwagę przywiązując do systemu antywstrząsowego. W tym celu wziął odtwarzacz w rękę i zaczął nim machać uśmiechając się i mówiąc, że super super. Co prawda zauważyłem, że to machanie jest jakieś takie anemiczne i domyśliłem się, że ten super antywstrząsowy system nie jest aż taki super, ale zakupiłem odtwarzacz gdyż mi się podobał. Po powrocie do Polski stał się on nieodłączną częścią mojego wystroju wyjściowego i miałem go ze sobą zawsze i wszędzie trzymając go w kieszeni czy to kurtek letnich czy to zimowych.
Od momentu nabycia odtwarzacza CD wspomniane wcześniej pojęcie płyty kompaktowej nabrało zupełnie innego znaczenia i z czegoś bardzo odległego stało się czymś czego używa się na co dzień. Oczywiście zakup płyty CD nie wchodził w grę głównie z powodów finansowych, ale wchodziło w grę wypożyczanie płyt w Skorpionie więc świat cyfrowej muzyki stanął przede mną i przed Tubularkiem (który często wypożyczał ode mnie odtwarzacz by odtwarzać na nim wypożyczone płyty) otworem. Nie pamiętam dokładnie, ale chyba Tubularek posiadał w swym domu rodzinnym jakiś sprzęt CD natomiast w Wałbrzychu królował ten mój czarny sidiplejer, na którym słuchaliśmy płyt Clan of Xymox, Erasure, Heaven 17, Depeche Mode, Mike’a Oldfielda, Camouflage czy Portishead. Pamiętam jeden wieczór kiedy mając w uchu po jednej słuchawce skakaliśmy radośnie ze Szczawna w stronę akademika słuchając Colourbox. Pamiętam, również jak słuchaliśmy wypożyczonej od Skorpiona nowej płyty Cocteau Twins „Milk & Kisses” pijąc wódkę Bols. O tych wydarzeniach pisałem już wcześniej, ale przywołuję je na okoliczność wspomnienia odtwarzacza.
Często wypożyczałem u Skorpiona 2 lub 3 płyty na weekend i słuchałem ich jadąc pociągiem do domu. Słuchanie płyt CD „w drodze” było wrażeniem wspaniałym i niesamowitym. Pewnego razu Tubularek w jakimś celu wybrał się do Poznania wraz z odtwarzaczem i po powrocie opowiadał rozemocjonowany jak czuł się jak w wideoklipie Duran Duran kiedy tak szedł ulicami Poznania słuchając płyty „Rio”.
Pewnego dnia Tubularek dał mi płytę CD z grą na komputer, ale dodatkowo można było ścieżkę dźwiękową z tej gry odtwarzać na normalnym odtwarzaczu. Cóż to było za wrażenie: płyta z grą, której można było posłuchać jako audio.
Przypominam też sobie pewne słoneczne, letnie popołudnie kiedy siedziałem na dworcu w Kłodzku czekając na pociąg i słuchając płyty z „Machiny”, na której były utwory wytwórni Ninja Tunes. Popołudnie snuło się leniwie w rytm kawałków z tej płyty. Banalnie, ale tak było.
Płyt CD, które wtedy kupiłem i miałem na własność, było niewiele: Cocteau Twins „Head over Heels”, Mike Oldfield „Songs of Distant Earth”…i właściwie tyle.
Kilka lat później odtwarzacz zaczął mieć problemy z odtwarzaniem płyt i myślałem, że się zepsuł. Piosenki przeskakiwały i trudno było ich słuchać. Po kilku miesiącach złego działania znalazłem wytłumaczenie tego co się z nim dzieje. Do powszechnego obiegu weszły płyty CD-R nagrywane na komputerze, a odtwarzacz kupiłem kiedy jeszcze nie było na rynku sprzętu z możliwością odtwarzania płyt CD-R tak więc miał z nimi problem.
Wspominam mój odtwarzacz CD, dlatego, że wiąże on się z moim bytowaniem w Wałbrzychu. Wiąże się on również z bytowaniem w Wałbrzychu Tubularka, ale on sam pewnie zareaguje na ten wpis swoim własnym i swoimi własnymi wrażeniami.
Czarny odtwarzacz CD, który tak wiele przeszedł i tak wielu płyt przesłuchał wciąż leży u mnie na półce z płytami i nawet używałem go kilka miesięcy temu.
wtorek, stycznia 08, 2008
More Than a Feeling czyli Modne Fryzury Sportowe
Przechadzaliśmy się z Pawłem pewnego dnia po ulicy, I jakoś tak przypomnieliśmy sobie to co pewnie wcześniej obaj zauważyliśmy juz kiedyś.
Na ulicy Lenina/ Andresa lub już po szczawieńskiej stronie – na ulicy Solickiej był i nadal - jak donosi Paweł często tam wciąż obecnie przejeżdżający swoim w ipodowe wejście wyposażonym Hyundaiem – jest, malutki zakład fryzjerski z wejściem „po schódkach” jak to mawiają w Sieradzkiem. W zmatowiałym oknie tego zakładu , wśród licznych padłych wysuszonych much i jakichś wyblakłych plastykowych ornamentów rodem z wiejskiego odpustu ustawione było i dumnie zakład reklamowało oprawione w drewnianą polakierowaną ramkę śliczne czarno białe zdjęcie w chrakterystycznej dla lat 50 – tych manierze wykonane przedstawiające imponującego pana, w typie hybrydy przodownika pracy z Nowej Huty i Orlando Blooma wyposażonego w piękną – jak głosił napis na zdjęciu – modną fryzurę sportową.
Pan, fryzura, kompozycja z fotografią w witrynie fryzjerskiego zakładu, a wreszcie litery głoszące potęgę i chwałę cechu fryzjerskiego kreującego tak stylowe koafiury na głowach wysportowanych modnych panów – zwinęliśmy się ze śmiechu w rezultacie tego nagromadzenia doznań estetycznych . Postanowiliśmy odkupić tę potencjalnie kultową ikonę fryzjerskiej gildii lecz nie udało się Pawłowi przekonać wlaściciela do sprzedaży klejnotu sztuki fotograficznej. Dzisiejsi dizajnerzy, fotograficy tudzież inne kreatywne japuchy mogłyby sporo skorzystać studiując z uwagą detale i całość tej frapującej kompozycji.
Temat modnej fryzury sportowej powrócił w mych wspomnieniach ostatnio z mocą gdym obejrzał mocno ostatnio ekploatowany na kanale VH1, w paśmie oldschoolowym klip do wyśmienitego kawałka grupy Boston – „More Than a Feeling”.
Oto bowiem średnia fryzur panów z owego Bostonu - szczególnie fantastycznie kudłatego perkusisty - to wypisz wymaluj moja fryzura w okresie największego rozkwitu i wspaniałości – a miało to miejsce w latach już przecież 90-tych. Słusznie po latach Pawełek zauważył że włos mój na zdjęciach z tych lat jakby przenosił widza tychże fotografii kilka dekad wstecz. Jakoś tak z rozpędu i zapomnienia wyjechałem - jak przystało na jedynaka i mizantropa ascezującego i alienującego się znacznie – z lat 70-tych i z impetem wpadłem na środek lat Nirvany i Nine Inch Nails z fryzurą stanowiącą naprawdę coś znacznie więcej niż zwykły „feeling”. Wąs niewątpliwie też urozmaiciłby mój wizerunek już wkrótce ale życie zakręciło mną, moją głową i pewnego dnia w jakiejś desperacji gdzieś tak około 1995 roku pozbyłem się mojej modnej sportowej fryzury bezpowrotnie w zakładzie fryzjerskim na dworcu PKS w Miliczu.
Po latach zakola i rzednące włosy na czubku głowy nie dają mi już takiego „feeling’u” – pozostaje tylko powrócić pamięcią do zdjęć z wejścia na Borową, wspomnieć fryzjera z pogranicza Wałbrzycha i Szczawna , no i dać czadu z „air-guitar’em” przed telewizorem słuchając Bostonowego „More Than a Feeling”...
“I woke up this morning and the sun was gone,Turned on some music to start my day.I lost myself in a familiar song,I closed my eyes and I slipped away.It's more than a feeling (more than a feeling)When I hear that old song they used to play (more than a feeling).I begin dreaming (more than a feeling)…” Przyjaciel wyrzucony po raz pierwszy.
Paweł's Theme
Stało się pewnego dnia,że Paweł został bez dachu nad głową. Prawie - bo gdzieś tam mieszkał. Mieszkał chyba wtedy u pani Bala-Bala - jak o niej mówiliśmy. Ten pobyt zasługuje na osobny wpis. Zostawiam go Tobie Patricku.
A może Paweł zamieszkał u pani Bala-Bala jednak później... ?
Przydarzyło się mi podówczas mieć gest i być wspaniałomyślnym wobec mojego druha , który , warto o tym wspomnieć, szczycił się znajomością biegłą języka angielskiego uzyskaną podczas oglądania w telewizorni wiadomości CNN .
Paweł wkroczył więc na me zaproszenie do przeze mnie wynajmowanego pokoiku na ulicy Krótkiej w Szczawnie. Wkroczył i od razu zajął moje miejsce w foteliku przy oknie.
Dobre serce podpowiadało mi by nie zauważać okruchów zostawianych prze druha wokół stoliczka. Zresztą Paweł nie był szczególnie uciążliwym współlokatorem - jeśli nie liczyć sapania w nocy na sąsiednim łóżku- można było się przyzwyczaić.
Hanna's Theme
Hanna - miała się pojawić później jako właścicielka kolejnej przez nas wynajmowanej stancji , jednak w czasie gdy mieszkaliśmy na Krótkiej tekst "Siedzę w wannie i myślę o Hannie" miał dopisek "Gronkiewicz - Waltz" na pewno . Był jednak to tekst proroczy - jakoż niewiele miesięcy później wynająłem pokój u pani Hanny właśnie...
Paweł's Theme 2
Polityka? Waśnie? Wałesa? Kwaśniewski? Plakaty?Być może a nawet na pewno tak - ale prawdziwa przyczyna naszego rozejścia się wtedy i tam była głębsza. O, zaiste była to przyczyna głęboko w nas leżąca.
Byliśmy nią my- tacy jacy byliśmy. Nie do pojęcia. Nie do przyjęcia.
Rzecz wyglądała - z mojego punktu widzenia tak oto:
Pewnego dnia wróciłem do pokoju. Paweł jak zwykle przygarbiony siedział i całym swoim zwalistym pawłowatym korpusem zdawał się wypełniać całą przez mnie uczciwie i w oczywisty sposób zawłaszczoną przestrzeń. Drażniły mnie tego jego szerokie plecy i ta przykurczona sylwetka pochylona albo nad kolejnym wierszem a może konspektem przygotowywanym w związku z pracą w radiu BRW czy jakimś tam innym.
Być może pochłaniał łapczywie jakś bułę z serem, może siorbał - jak miał w zwyczaju - jakąś lurowatą niedoparzoną herbatkę. Może ... Nie wytrzymałem...
Dość powiedzieć że tego dnia nad przyjacielem wziął górę podły egoista co to siedział przyczajony gdzieś w czeluściach mojej pokręconej osobowości w wyniku czego przygarbiony i jakoś tak smętny i pogodzony z lodowatym losem i kolegą Paweł wyleciał z mieszkanka na Krótkiej.
Milczenie. Cisza. Chłód. Jak w małżeństwie przetrwaliśmy kolejne tygodnie - obojętnie się ignorując spotkawszy przypadkiem na ulicy. Harde usposobienia obu nas wespół z tendencją do wyolbrzymiania i rozdrapywania co rusz i co chwilę dawno zaleczonych ran - długo nie pozwoliły nam się do siebie odezwać. Mieliśmy te swoje 24 i 23 lata i nastukane w główkach jak przystało na kompulsywnych palaczy Pall Malli i depresyjno maniakalnych słuchaczy Marca Almonda.
Paweł zatem wyleciał. Kilka tygodni póżniej - ja też.
Ponownie spotkaliśmy się na Klonowej. ten temat rezerwuję Szanowny Kolega dla siebie. Na Klonowej...
Supron's Theme
Supron? Sądzę że temat Suprona pojawił się później nieco i dotyczył nie podobizny E. Fraser lecz mojego portretu wykonanego techniką mieszaną w manierze prymitywistycznej stylizowanej na dzieła kultury helleńskiej przez jedną z moich ówczesnych uczennic. Oba jednak obrazy - i Supron-ja i E.Fraser - też ja, miały w sobie jakąś szczególnie sugestywną moc estetyczną która tak głęboko zapadła w pamięci Patricka - Pawełka.
Dziękujęmy za pamięć Pawełku!
Dziękujemy Ci - ja z Supronem i Elką Fraser.
Siedzę w wannie, myślę o Hannie
Z racji tego, ze wspólnie w Tubularkiem tworzyliśmy mieszankę mocno wybuchową, a ponadto owo rockowe lokum było de facto lokum Tubularka tak więc mniej więcej co 2 dni byłem wyrzucany przez Tubularka z naszej rockowej stancji. Nie miałem się gdzie wynieść i tak naprawdę kiedy już tam zakotwiczyłem to moje poszukiwania nowego miejsca zdecydowanie straciły swoją wcześniejszą dynamikę. W związku z tym pretensjonalne i teatralne w gestach żądania wyniesienia się skierowane przez Tubularka w moim kierunku nie odnosiły skutku i za każdym razem jednak zostawałem po czym zajmowaliśmy się gadaniem o sprawach ważnych oraz słuchaniem Cocteau Twins.
Również tam miał miejsce wspominany przeze mnie już wcześniej epizod „wyborczy” kiedy to pewnego dnia Tubularek przytaskał do naszego pokoju całą masę nalepek i ulotek wyborczych okraszonych wizerunkiem dobrodusznego elektryka wystawiając je w każdym miejscu pokoju. By zachować równowagę światopoglądową tego miejsca na drugi dzień udałem się do sztabu wyborczego SLD, gdzie zrobiłem awanturę, że przecież „wybory tuż tuż, a Kłodzko nie dostało żadnych materiałów i czy ja naprawdę muszę przyjeżdżać taki kawał drogi po jakieś cholerne ulotki”. Panowie rozdziawili buzie i przepraszając za zamieszanie wręczyli mi pakiet materiałów propagandowych z wizerunkiem uśmiechniętego Aleksandra. Z tymi materiałami udałem się do naszej rockowej stancji i czekając na przybycie mojego współlokatora porozwieszałem je we wszystkich wolnych miejscach, których nie zajmował jeszcze dobroduszny elektryk. Przybycie Tubularka zwiastowało kłótnię. Tak też się stało: nie szczędziliśmy sobie nie tylko uwag politycznych, ale i również światopoglądowych tak więc nasza burzliwa konwersacja przebiegała nader ciekawie. Oczywiście jak zwykle w takich przypadkach nasza awantura zakończyła się najpierw stanowczym żądaniem Tubularka bym czem prędzej opuścił „jego” stancję, ale nie zastosowałem się do jego poleceń zwłaszcza, że było ciemno i późno, a jak wiadomo nie jest to najlepsza pora na pukanie do drzwi domów i zadawanie filozoficznych pytań w stylu „Czy nie mają Państwo do wynajęcia jakiegoś pokoju ?”. Nasza polityczna kłótnia miała miejsce w 1995 r. niedługo przed wyborami prezydenckimi, w których Aleksander pokonał Lecha.
W ramach pobytu w rockowej stancji można było korzystać z łazienki, która była chyba większa niż nasz pokój. Często zdarzało się, że opuszczając pokój w celu zażycia kąpieli Tubularek zostawiał na łóżku kartkę z hasłem „Siedzę w wannie, myślę o Hannie”. Chodziło o Hannę Gronkiewicz-Waltz, która nie wiem kim wtedy była, ale teraz jest prezydentem Warszawy. Ten napis nie miał oczywiście wyrażać żadnych poglądów Tubularka, a tylko w prosty sposób miał zawiadamiać przybyłych kolegów i koleżanki o tym, że lokator pokoju jest na obiekcie, ale obecnie przebywa w „pokoju kąpielowym” (oprócz wanny we wspomnianej łazience znajdowało się również ogromne lustro oraz coś w rodzaju sofy co pozwala rozszerzyć określenie „łazienka” na „pokój kąpielowy”). „Hannie” idealnie rymowało się z „wannie” i nie było w tym żadnych podtekstów erotycznych ani politycznych.
Inne wydarzenie związane było bezpośrednio ze: sztuką, sportem oraz muzyką.. Pewnego razu po powrocie z pracy Tubularek pochwalił mi się namalowanym przez siebie portretem. Dumny ze swojego dzieła zapytał kogo, według mnie, przedstawia ów portret. Spojrzawszy na stojące na półce dzieło sztuki spostrzegłem uderzające podobieństwo do niejakiego Komara Władysława, słynnego polskiego kulomiota, ale w związku ze swoją całkowitą ignorancją w kwestiach sportowych uznałem, że osobnik na portrecie to niejaki Supron Andrzej, zapaśnik. Okazało się jednak, że malując swe dzieło Tubularek nie miał na myśli ani Suprona ani Komara, a bladolicy wizerunek szansonistki brytyjskiej Elisabeth Fraser udzielającej się w duecie Cocteau Twins. Przez resztę wieczoru zastanawialiśmy się czy mając na myśli Suprona chodziło mi o Suprona czy może jednak o Komara. Od tego czasu zawsze spoglądając na portret stojący na półce mówiliśmy: „Supron”.