Mówiąc „Szczawno” nie można nie wspomnieć trochę więcej o rockowej stancji. Mieszkał tam jakiś czas Tubularek. Jego spokojny żywot niezmącony żadnym niespokojem został jednak pewnego dnia zakłócony gdyż pojawiłem się tam ja. W tym czasie poszukiwałem swego miejsca na Ziemi (czyli stancji) i kiedy pewnego razu po kolejnej porażce błąkałem się po Szczawnie niczym żółw z wypełnioną dobytkiem torbą Tubularek w swej wspaniałomyślności przyjął mnie czasowo pod swe rockowe poddasze. Pokój, który zajmował nie grzeszył wielkością, więc zapowiadało się, że będzie zabawnie i rzeczywiście tak było. Nie pamiętam jak długo tam mieszkałem (pewnie z miesiąc - może Tubularek będzie w stanie sobie przypomnieć), ale był to okres wesoły, ciekawy, pełen krzyków i trzaskania drzwiami.
Z racji tego, ze wspólnie w Tubularkiem tworzyliśmy mieszankę mocno wybuchową, a ponadto owo rockowe lokum było de facto lokum Tubularka tak więc mniej więcej co 2 dni byłem wyrzucany przez Tubularka z naszej rockowej stancji. Nie miałem się gdzie wynieść i tak naprawdę kiedy już tam zakotwiczyłem to moje poszukiwania nowego miejsca zdecydowanie straciły swoją wcześniejszą dynamikę. W związku z tym pretensjonalne i teatralne w gestach żądania wyniesienia się skierowane przez Tubularka w moim kierunku nie odnosiły skutku i za każdym razem jednak zostawałem po czym zajmowaliśmy się gadaniem o sprawach ważnych oraz słuchaniem Cocteau Twins.
Również tam miał miejsce wspominany przeze mnie już wcześniej epizod „wyborczy” kiedy to pewnego dnia Tubularek przytaskał do naszego pokoju całą masę nalepek i ulotek wyborczych okraszonych wizerunkiem dobrodusznego elektryka wystawiając je w każdym miejscu pokoju. By zachować równowagę światopoglądową tego miejsca na drugi dzień udałem się do sztabu wyborczego SLD, gdzie zrobiłem awanturę, że przecież „wybory tuż tuż, a Kłodzko nie dostało żadnych materiałów i czy ja naprawdę muszę przyjeżdżać taki kawał drogi po jakieś cholerne ulotki”. Panowie rozdziawili buzie i przepraszając za zamieszanie wręczyli mi pakiet materiałów propagandowych z wizerunkiem uśmiechniętego Aleksandra. Z tymi materiałami udałem się do naszej rockowej stancji i czekając na przybycie mojego współlokatora porozwieszałem je we wszystkich wolnych miejscach, których nie zajmował jeszcze dobroduszny elektryk. Przybycie Tubularka zwiastowało kłótnię. Tak też się stało: nie szczędziliśmy sobie nie tylko uwag politycznych, ale i również światopoglądowych tak więc nasza burzliwa konwersacja przebiegała nader ciekawie. Oczywiście jak zwykle w takich przypadkach nasza awantura zakończyła się najpierw stanowczym żądaniem Tubularka bym czem prędzej opuścił „jego” stancję, ale nie zastosowałem się do jego poleceń zwłaszcza, że było ciemno i późno, a jak wiadomo nie jest to najlepsza pora na pukanie do drzwi domów i zadawanie filozoficznych pytań w stylu „Czy nie mają Państwo do wynajęcia jakiegoś pokoju ?”. Nasza polityczna kłótnia miała miejsce w 1995 r. niedługo przed wyborami prezydenckimi, w których Aleksander pokonał Lecha.
W ramach pobytu w rockowej stancji można było korzystać z łazienki, która była chyba większa niż nasz pokój. Często zdarzało się, że opuszczając pokój w celu zażycia kąpieli Tubularek zostawiał na łóżku kartkę z hasłem „Siedzę w wannie, myślę o Hannie”. Chodziło o Hannę Gronkiewicz-Waltz, która nie wiem kim wtedy była, ale teraz jest prezydentem Warszawy. Ten napis nie miał oczywiście wyrażać żadnych poglądów Tubularka, a tylko w prosty sposób miał zawiadamiać przybyłych kolegów i koleżanki o tym, że lokator pokoju jest na obiekcie, ale obecnie przebywa w „pokoju kąpielowym” (oprócz wanny we wspomnianej łazience znajdowało się również ogromne lustro oraz coś w rodzaju sofy co pozwala rozszerzyć określenie „łazienka” na „pokój kąpielowy”). „Hannie” idealnie rymowało się z „wannie” i nie było w tym żadnych podtekstów erotycznych ani politycznych.
Inne wydarzenie związane było bezpośrednio ze: sztuką, sportem oraz muzyką.. Pewnego razu po powrocie z pracy Tubularek pochwalił mi się namalowanym przez siebie portretem. Dumny ze swojego dzieła zapytał kogo, według mnie, przedstawia ów portret. Spojrzawszy na stojące na półce dzieło sztuki spostrzegłem uderzające podobieństwo do niejakiego Komara Władysława, słynnego polskiego kulomiota, ale w związku ze swoją całkowitą ignorancją w kwestiach sportowych uznałem, że osobnik na portrecie to niejaki Supron Andrzej, zapaśnik. Okazało się jednak, że malując swe dzieło Tubularek nie miał na myśli ani Suprona ani Komara, a bladolicy wizerunek szansonistki brytyjskiej Elisabeth Fraser udzielającej się w duecie Cocteau Twins. Przez resztę wieczoru zastanawialiśmy się czy mając na myśli Suprona chodziło mi o Suprona czy może jednak o Komara. Od tego czasu zawsze spoglądając na portret stojący na półce mówiliśmy: „Supron”.
Subskrybuj:
Komentarze do posta (Atom)
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz