czwartek, marca 01, 2007

Mineralna i porter

W Szczawnie nigdy nie było Pirxa ani Munkioramy, Tubularka i OneSkateNumber'a.
Jak mam pisać o tych kilku miesiącach spędzonych na Klonowej nie nazywając dwóch głównych bohaterów mających tam miejsce zdarzeń ich prawdziwymi imionami ?
O Szczawnie miałem napisać później, jutro, w stosownym czasie... Szczawno to było zwieńczenie całości – czy tragiczne, komiczne czy trochę i takie i to drugie- nie ma dziś znaczenia.
Szczawno – jeśli spojrzeć na plan Wałbrzycha , jest jego integralną częścią połączoną ruchliwymi arteriami przelotowych tras. Przejechać przez Wałbrzych najczęściej znaczy- przejechać przez Szczawno. Czy chce tego ktoś czy nie. Nie wiem czy chciałem do Szczawna przyjechać. Szczawno pojawiło się w moim życiu już na początku mojego pobytu w Wałbrzychu w sposób , który świetnie oddaje ducha tamtego czasu , mojego sposobu myślenia i funkcjonowania w tamtym czasie i miejscu.
Szczawno było odległym - Niczym - przez długi czas. W latach 1992 i 1993 człowiek zwany -już wtedy chyba – Mesje – prowadził stosunkowo monotonne życie , jak wcześniej napisałem, polegające głównie na przejazdach do i z Koledżu. Trudno powiedzieć jak świat postrzegał tego skądinąd miłego chłopca – bo przecież widziałem wszystko jego oczyma zatem jego samego widzieć mogłem w sposób dość ograniczony.
Dość rzec że był Mesje. Przemieszczał się zachowawczo po wyznaczonej na wstępie swojej wałbrzyskiej Odysei marszrucie i zamykał się w swoim pokoju w akademiku na Andersa.


Tutaj pierwsza z wielu dygresji.(po której następnie łagodnie powrócę do wiodącej myśli jaka mi przyświecała kiedym zaczynał pisać niniejsze akapity)


Akademik „na Andersa”(część pierwsza).


Pan I. – kierownik tego przybytku studenctwa językoznawczego w Wałbrzychu- dziś jeśli poszperać w sieci- prowadzi chyba jakieś biuro – wówczas człowiek bywały, światowy, opalony , w rozpiętej zawadiacko koszuli – powiedzmy że "hawajskiej" – uwodził mieszkające w akademiku dziewczyny, pewną panią sekretarę i sam siebie. Ze względu na koszulę wart wzmianki- w tamtych czasach osobliwie barwna plama wśród szarych wałbrzyskich tynków. Rozmach i elegancja na miarę ulicy Lenina i Forda Sierry.
Kjurówka – dość malownicza, mikra dziewczynka o zastanawiającym spojrzeniu- co przydawało jej szczególnego powabu – ale chyba była odmiennego zdania. Pojawi się jeszcze we wspomnieniach na pewno – dziś warto zaznaczyć że w tamtych dniach kiedy Mesje był tak bardzo zamkniętym w sobie preromantykiem (nie wiem czy zdobędę się na odwagę i wytłumaczę skąd to „pre”), właśnie Kjurówka dość poważnie przyczyniła się do powolnego wybudzania Mesje ze stanu międzywymiarowo-pozaczasowego uśpienia w jakim tenże sobie spokojnie pozostawał i swobodnie lewitował.
Spokojna egzystencja Mesje została pewnego dnia dość bezceremonialnie wstrząśnięta kiedy to owa Kjurówka strzeliła Mesje w mordę. To chrupnięcie szczęki zapamięta nieszczęśliwy lekkoduch na zawsze, podobnie jak złowrogi błysk w oku Kjurówki jaki temu zajściu towarzyszył.
Nie warto zastanawiać się nad tym co było powodem tak gwałtownej reakcji natapirowanej , kruczoczarnej agresorki , być może Mesje coś palnął treścią wypowiedzi nie trafiając do przekonania panny owej – dość że dostał w twarz i do myślenia .
Ukraińska kucharka z warkoczem. Niezwykle niska , pękata kobieta o przenikliwym spojrzeniu. Tutaj już zupełnie nie wiem dlaczego dość szybko odniosłem wrażenie że nie lubiła Mesje. A może lubiła, tylko... jakoś inaczej? Pan Idzi chwalił sobie kuchnię jej (cuisine) podkreślając ilość czosnku jaka zawsze pojawiała się w przygotowywanych przez ową Ukrainkę potrawach. Zawsze kiedy oddawałem swoje talerze spoglądała na mnie z dziwnym pomieszaniem gniewu i sympatii. Nigdy nie byłem pewien czy nakładając na talerze – ze złością do nich nie pluła.
Nie pamiętam imienia tego człowieka – był tam chyba stróżem – miły ale na pewno cwany , sprawiający wrażenie typa bez skrupułów . Często chwalił się swoją córką studiującą na Politechnice.
Oto więc po uderzeniu w twarz, warkoczu Ukrainki pojawił się kolejny temat do przemyślenia w moim powolnym świecie – porno w akademiku na ulicy Lenina. Nie był to ostatni z lodołamaczy skutego mrozem inercji wnętrza Mesje – jednak wtedy te oznaki życia na zewnątrz stanowiły dla eksploratora własnego jestestwa olbrzymie wyzwanie. Wyjście na zewnątrz – trwające od jakiegoś czasu – już niedługo miało ulec znacznemu przyśpieszeniu. Lecz jeszcze nie dziś, nie teraz , nie w chwili o której chce napisać nawiązując do pierwszego zaistnienia w mojej świadomości - Szczawna.

Wracając każdego dnia ze szkoły, skręcałem- jak każdy powracający , z ulicy Lenina , w lewo – w bramę akademika. Minąć musiało kilka miesięcy mojego pobytu na tej ulicy bym dostrzegł że ulica ta ciągnie się, ku mojemu niepomiernemu zdumieniu gdzieś dalej, gdzieś – co było umiarkowanie dla mnie podówczas interesującym faktem – poza moje życie.
Bo moje życie było tam gdzie byłem ja. Nie było zaś możliwości bym przeniósł całe swoje życie tak spokojnie, szybko i bez zastanowienia gdzieś gdzie mnie jeszcze nie było – tak po prostu tam idąc. Widziałem zatem w dali malejące domy i jakieś tablice przy drodze, znaki drogowe, nic szczególnego. Od czasu do czasu niektórzy z moich znajomych opowiadali , lecz nie szczególnie mnie było w stanie to zainteresować, o swoich spacerach i wycieczkach pieszych do pobliskiego Szczawna. Tak często pojawiała się ta nazwa w rozmowach – szczególnie dziewczyn, że w końcu zapytałem gdzie jest to Szczawno.
Zdumione koleżanki odparły że dosłownie minutę marszu od naszego akademika, dodając że tablicę z napisem „Szczawno” bez trudu można dostrzec stojąc w bramie.
Tak było w istocie – co natychmiast sprawdziłem. Spojrzałem, ujrzałem tablicę i... wróciłem do łóżka dospać, pospać i przespać. Do Szczawna nie wszedłem będąc u jego bram tak jak Mojżeszowi nie było dane wejść do Ziemi Obiecanej – nie wszedłem jeszcze wtedy. Moja ówczesna Ziemia Obiecana miała objawić się mi znacznie później. Miałem ją poznać wiosną, po długiej drodze, po marszu wśród drzew i zapachów. Zaskakującej choć banalnej podróży poprzez Górę Giedymin ku samemu sercu miasta w którym miałem się zakochać.
Tak miało być później, bo chwili o której piszę – spałem. Choć byłem w sercu mojej późniejszej miłości- jej nie było we mnie. Urok tamtego czasu jeszcze się nie objawił a czar tamtych miejsc jeszcze nie spłynął z wieczornymi mgłami po zboczach Chełmca , nie owionął mnie swoją magiczną aurą. Jeszcze spałem.
W Szczawnie kilka lat później- nie było Pirxa i nie było Munkioramy.
W Szczawnie byliśmy – wśród wielu osób dobrze i źle wspominanych – my dwaj , Młody-Młody. Ty i ja. Pol i Arek. Paweł i Arek. Młody – Młody i Mesje a czasem przecież Mesje-Mesje.
W Szczawnie kilka lat później - od tych przespanych bez sensu dni – było nam dobrze i źle.
Tyle kochaliśmy ile płakaliśmy. Tyle było pragmatyzmu ile romantyzmu.
Egzaltacja i pierogi z serem.
Mineralna woda „Młynarz” i porter. Mleko i pocałunki.
Byłem ja i Ty i ludzie o których nam wtedy chodziło, i ci od których uciekali.
Ze znikającymi powoli iluzjami i topniejącymi zasobami finansowymi czyż nie byliśmy tam tak bardzo "maklakiewiczowsko-himilsbachowscy"? Tak, w swoich – polarku i czerwonej wiatrówce, cholernie – wniebowzięci?
Pewnie się tam - szczególnie ja – zapomnieliśmy.
Żałujesz? Młody-Młody?
Patrzę za siebie i od razu się uśmiecham wspominając Szczawno, Kolejową, Krótką i Klonową.
Przecież , do cholery, człowiek musi sobie od czasu do czasu polatać...

Brak komentarzy: