piątek, października 05, 2007

Szczawno – i wszystko jasne. Część I

Oglądając zdjęcia, które Tubularek wstawił w galeriach zdjęć po prawej stronie ekranu dochodzę do wniosku, że mieliśmy duże szczęście. Dlaczego ? Ano dlatego, że najpierw los rzucił nas do Wałbrzycha, a później zmienił zwrotnicę i nagle znaleźliśmy się w Szczawnie.
Tytuł tego bloga to „Wałbrzych. Pamiętasz ?”, ale przecież dla nas to były dwa połączone ze sobą miejsca. Jak Guns i Roses, jak Depeche i Mode, jak Arctic i Monkeys. Wałbrzych z jego pompatycznym górniczym pięknem i Szczawno z jego nachalną uzdrowiskowością. Przyczepione do siebie jak plus z minusem. Odmienne i na zawsze połączone.
Kiedy po 2 czy 3 latach mieszkania w Wałbrzychu trafiłem do Szczawna Zdroju wydawało mi się jakbym przekroczył jakąś magiczną rzekę i znalazł się po drugiej stronie wszystkiego.
Wałbrzych to było miasto, autobusy i dymiące całą dobę kominy. Szczawno to byli kuracjusze, spokój i park, który zamieniał każdy spacer w wyprawę do innego, spokojniejszego świata.
Park był tym miejscem, w którym się siedziało i czytało książki, w którym się rozmawiało godzinami o sprawach ważnych, ale i też o tak błahych, że aż wstyd, w którym się przeżywało wzloty i upadki, po którym się chodziło po wyjściu z knajpy, i w którym zawsze było się u siebie. Siedziało się na ławkach na dole przy pijalni, albo wchodziło się wyżej żeby z góry obserwować jak ludzie spotykają innych ludzi. Do parku chodziło się kiedy było wspaniale, ale i też kiedy było źle. Często też szło się na Słoneczną Polanę, albo żeby w podziemiach pograć w bilard, albo, żeby posiedzieć na zewnątrz patrząc na ….słoneczną polanę.
Obok parku była knajpa. Miejsce, w którym niemal mieszkaliśmy i które była nam bliskie.
No po prostu raj nasz ówczesny, w którym nierzadko, jakby powiedział jakiś niedzielny poeta „dzień spotykał się z nocą a noc z dniem”. Przychodziliśmy tam niekiedy z samego rana, żeby zjeść śniadanie i zastanowić się jakie mamy zajęcia i czy w ogóle się na nie wybierać czy też przetłumaczyć sobie, że nie ma sensu i kontynuować prawdziwe życie. Dyskusje dotyczące sensowności udania się na zajęcia zawsze miały właściwy balans gdyż zawsze znalazł się ktoś kto stawał się tzw. głosem rozsądku i nakłaniał do wypełnienia obowiązku edukacyjnego. Jeśli wygrywał rozsądek to wsiadaliśmy w autobusy lub samochody i udawaliśmy się na ulicę Kombatantów 20 w celu szybkiego zdobycia niezbędnej wiedzy i zakończenia dnia w którejś z knajp.
Jeśli natomiast zwyciężyły natarczywe głosy domagające się poszanowania prawa do życia zostawaliśmy na miejsci zamawialiśmy piwo z sokiem lub np. cukrem w celu poprawienia jakości konwersacji. Nie pamiętam jak często zdarzało nam się łączyć w Paradajsie śniadanie z kolacją, ale były to chwile niezapomniane. Na telewizorze nad barem leciała sobie Viva i tak gadając, spoglądając na telewizor i śmiejąc się spędzaliśmy cały dzień.
Czasem szliśmy do parku, żeby za godzinę wrócić na z góry upatrzone pozycje w knajpie Paradise. Tam się działa duża częśc naszego życia.
Pamiętam jeszcze jedną knajpę na wałbrzyskim deptaku, ale bywaliśmy tam rzadko i nie pamiętam nawet jak się nazywała. Przypominam sobie tylko jedno wydarzenie z tego miejsca kiedy siedzieliśmy tam z Arkiem popijając pewnie jakieś piwo. W knajpie poza tym nie było nikogo. Nagle los zesłał nam jakiegoś człowieka, który widocznie uznał, że nie ma co trzymać pieniędzy w kieszeni i kazał barmance podać nam po kilka drogich i kolorowych drinków. Później poszedł a my zostaliśmy z kolorowym szczęśćiem w płynie co w końcu nie były najgorszym początkiem wieczoru.
I tak Paradajs został miejscem mitycznym i tylko szkoda, że nie mamy stamtąd ani jednego zdjęcia. W 1994 roku zrobienie zdjęcia telefonem stacjonarnym było naprawdę trudnym przedsięwzięciem.

5 komentarzy:

Pirx pisze...

Drogi Pawełku- wspomniałeś coś o Arku. To niby że ja jestem tym Arkiem? Nie pamiętam kolorowych drinków. Ale pamiętam kilka sympatycznych szczegółów z naszego życia w Szczawnie. Po roku od napisania ostatniego posta- czas wrócić do tego co się wymyśliło.

Patrick pisze...

no jasne ze to Ty. koles kazal nam podac kilka drinkow i sobie poszedl. a ze byly kolorowe to oczywiste - wszystko wtedy bylo kolorowe.
zaczynamy ze soba rozmawiac przy pomocy komentarzy na blogu - czas chyba udac sie do psychiatry :-)

Pirx pisze...

Bynajmniej - nie! Czas udać się do szczawna - samopas bez rodzin - i posiedzieć tu i tam. Do psychiatry nadajemy się zresztą od dawna.

Patrick pisze...
Ten komentarz został usunięty przez autora.
Patrick pisze...

w ramach cenzury sam usunalem posta bo mi sie literowki zrobily
a stalo w nim jak byk ze
"zaden psychiatra by nas nie przyjal z ta nasza rozchwiana osobowoscia i nadmiernie wybujalym ego"