piątek, grudnia 08, 2006

Bieruta znałam proszę Pana

Mówiła mi starsza kobieta przy stole nakrytym jakąś starodawna makatka. Wynajmowała mi mieszkanie. Hmmm. Przesadziłem. To był pokój na poddaszu z kategorii tych, w których poeci i pisarze kończą swe życie przy okazji kończąc swe wielkie dzieła. Wstawałem tam rano koło siódmej żeby zdążyć na jakiś autobus jadący przez cale miasto do szkoły. W której notabene pracowałem. Spałem w autobusie a jak była zima to czasem przemakały mi buty i przez pierwsze 2 lekcje siedziałem kuląc palce. Kobieta która wynajmowała mi pokój na tym wspaniałym poddaszu kiedyś tam spotkała Bieruta i opowiadała o tym wszystkim lokatorom przede mną i po mnie pewnie tez. A Wałbrzych rozkwitał w swojej górniczej glorii. Wracałem tam wieczorem a właściwie nad ranem zwykle i zastanawiałem się czy przyjdzie kiedyś taki czas ze się wyspie czy tez nie wyspie się nigdy i będę niczym zombie straszył swoim niewyspaniem cala kule ziemska. Przeważnie wracając do tej nory na dachu nabywałem droga kupna jakieś jedzenie i picie i zadekowany z widokiem przez małe okienko na niebo zajadałem to co miałem czytając książki. Moment kiedy wracałem i wiedziałem ze zaraz zacznę czytać książkę jawi mi się jako jedna z piękniejszych rzeczy jakie wtedy mogłem mięć.
W międzyczasie zepsułem antenę do radia czy telewizora, już nie pamiętam, i wyprowadzając się stamtąd obiecałem solennie właścicielce mieszkania, ze jej ta antenę odkupie. Naprawdę w to wierzyłem. Niestety anteny nie odkupiłem nigdy.
I tak skończyła się w moim życiu naiwność wiary we własne słowa.

Brak komentarzy: